Wokół Nanga Parbat. Kiedy dziecko zadaje trudne pytania

 

Ostatnie kilka dni minęło mi w miarę normalnie: w piątek dziewczyny brały udział w muzycznym konkursie kolędowym (dostały wyróżnienie), w sobotę trochę sprzątania, gotowania, zakupy, spacer na Zarabiu (widziałam i sfotografowałam nurogęś!). W niedzielę Zuza grała ze szkolną orkiestrą koncert. Czyli w miarę zwyczajnie, żadnych specjalnych wyczynów, żadnych sytuacji ekstremalnych – taka miła nuda.

Daleko od naszej zwyczajności, w Pakistanie, w tym samym czasie toczył się dramat i walka o przetrwanie w skrajnie trudnych warunkach klimatycznych. Przebieg akcji ratunkowej zdążającej na pomoc Elisabeth Revol i Tomaszowi Mackiewiczowi, którzy utknęli na ośmiotysięczniku Nanga Parbat zdominował media i w zasadzie wyparł wszystkie inne wiadomości, łącznie z konkursem skoków narciarskich w Zakopanem. Trudno było nie interesować się tymi tragicznymi wydarzeniami, szczególnie, że – jak obrazowo i dosadnie ujął to Rafał Fronia w swoim publikowanym w internecie „Dzienniku wyprawowym” – „głód wiadomości wstrząsa trzewiami społeczeństwa” (źródło: http://polskihimalaizmzimowy.com/2018/01/28/dziennik-wyprawowy-cz-v-jestem-polakiem/ )

Ten głód informacji starają się zaspokoić media. Moje starsze córki są już w wieku, w którym żywo interesują się tym, co dzieje się na świecie. Naturalną konsekwencją tego zainteresowania są pytania, które zadają. Niektóre z tych pytań bywają dość trudne. Tak było ostatnio, kiedy Zuza zaczęła pytać, słuchając, oglądając i czytając doniesienia spod Nanga Parbat: dlaczego ludzie chodzą w takie strasznie niebezpieczne góry w zimie? Co to jest ślepota śnieżna? Co się dzieje, jak człowiek zamarza? Gdzie himalaiści śpią w tych górach? Co jedzą? Dlaczego ta pani zostawiła pana i schodziła z tej góry sama?

Z jednej strony chciałam Zuzce odpowiedzieć choć w części odpowiedzieć na jej pytania, na tyle, na ile mogę. Zaczęłam się też zastanawiać, czy w ogóle na nie jakoś obszerniej odpowiadać, skoro nie jestem żadnym ekspertem w temacie. W dodatku jest to temat trudny i śliski jak lodowiec. Może lepiej się gruntownie dokształcić, zanim coś się powie, a międzyczasie nie mówić nic? Ostatecznie uznałam, że to rozwiązanie w dzisiejszych czasach nie jest najlepsza opcją, bo wtedy na 100% dziecko samo zacznie szukać odpowiedzi w internecie, a wiem, że można trafić na różne, nieraz upiorne rzeczy klikając linki związane z himalaizmem i tragediami w wysokich górach.

Stanęło więc na tym, że odpowiadam Zuzi. Nie znam się na wspinaczce wysokogórskiej, co najwyżej –  podobnie jak miliony ludzi – interesuję się doniesieniami z wypraw, szczególnie tych narodowych. Wiem, kim była Wanda Rutkiewicz, Jerzy Kukuczka, Artur Hajzer, kim jest Krzysztof Wielicki, Adam Bielecki, wiem, w jakich okolicznościach Polacy dokonali pierwszego w historii zimowego wejścia na Broad Peak w 2013. Zaczęłam od pokazania córce kilku zdjęć. Jedno z nich przedstawiało ścianę Nanga Parbat – prawie pionową, wielką, oblodzoną ścianę – po której wspina się człowiek. Na zdjęciu jest malutki, wielkości muchy, prawie cały kadr zajmuje groźnie wyglądająca góra. Dodałam, że Bielecki i Urubko pokonali podobną trasę po ciemku, że wspinali się 8 godzin bez przerwy, żeby dotrzeć do Elisabeth Revol. Wysiłek nadludzki, bohaterstwo trudne do wyobrażenia. Wyjaśniłam też, że Polacy są rekordzistami, jeśli chodzi o zdobywanie najwyższych gór świata zimą: jako pierwsi weszliśmy na 10 z 13 ośmiotysięczników. Przy okazji wspomniałam o polskich sukcesach alpinistycznych, przede wszystkim tych z lat 80., takich jak pierwsze w historii himalaizmu wejście na ośmiotysięcznik i zejście w ciągu jednego dnia (dokonał tego Krzysztof Wielicki wchodząc na Broad Peak w 1984 roku). Przy okazji opowiedziałam trochę, kim jest Wielicki i jak wiele doświadczenie we wspinaczce wysokogórskiej posiada.

Powiedziałam też, że Polacy szykują się do podboju szczytu K2. Już sam fakt, że K2 jest jak dotąd niezdobyty zimą, mówi wszystko na temat skali trudności przedsięwzięcia, jakim jest zimowa wyprawa na ośmiotysięcznik. Znamienne, że na K2 nikt jeszcze nie dotarł zimą – a przecież człowiek zdążył już stanąć na Księżycu i sfotografować powierzchnię Marsa, choć wydawałoby się, że to wyczyny znacznie trudniejsze.

Pokazałam też córkom zdjęcie Kopca Gilkeya. Kopiec znajduje się niedaleko bazy pod K2 i nazwano go na cześć amerykańskiego wspinacza, który zginął w 1953 roku podczas zdobywania góry. Jest to symboliczne miejsce upamiętnienia ofiar gór, na przymocowanych do skały metalowych tablicach i talerzach wyryto nazwiska, daty urodzin. Tablic jest niemało, jest wśród nich wiele polskich nazwisk.

Objaśniłam Zuzce, najlepiej jak mogłam, jakie groźne choroby czyhają na wspinaczy w wysokich górach, dlaczego potrzebna jest długotrwała aklimatyzacja i co można jeść będąc na wysokości siedmiu tysięcy metrów. Z pomocą przyszły mi książki. A konkretnie jedna książka, najlepsza w moim odczuciu książka na temat pasji wysokogórskiej, którą przeczytałam (najlepsza i jedyna, gwoli ścisłości). Mam na myśli „Długi film o miłości” Jacka Hugo-Badera. Książka ta jest przez wiele osób uznawana za kontrowersyjną, sama momentami miałam odczucie, że autor szarżuje i wiem, że jego styl pisania może być dla wielu osób irytujący. Ale na mnie książka ta wywarła piorunujące wrażenie. Przeczytałam ją w ciągu jednego czy dwóch posiedzeń, połknęłam dosłownie i nie mogę o niej zapomnieć do chwili obecnej, choć przeczytałam ją już kilka lat temu. „Długi film o miłości” jest relacją z wyprawy poszukiwawczej zorganizowanej po śmierci Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego, której przewodniczył brat Macieja, Jacek. JHB dołączył do ekipy jako reporter, mając w planach również nakręcenie filmu. Filmu nie ma, ale powstała niesamowita książka. Jak dla mnie, kompletnego laika w kwestiach wspinaczki, książka JHB ma sporo walorów czysto edukacyjnych, które teraz bardzo mi się przydały: dzięki tej lekturze obeznałam się nieco z himalaistycznym żargonem, wiem, kim są HAP-sowie, jakie mogą być objawy choroby wysokościowej, co jedzą himalaiści oraz dlaczego tak dużo siedzą w bazie. Dzięki tej książce wiem również, że świat himalaistów rządzi się swoimi prawami, jest dość hermetyczny i osobie z zewnątrz, laikowi – choćby nawet był znanym reporterem – momentami trudno było przebić się przez nieufność.

Książka JHB jest chwilami wstrząsająca, podobnie jak relacje z wejścia Mackiewicza i Revol na Nanga Parbat i późniejszej akcji ratunkowej. I tu, i tu mamy do czynienia z różnymi obliczami śmierci, z jej bliskością i walką z jej nieuchronnością. To właśnie doświadczenie śmierci według mnie sprawia, że tak mocno nas wszystkich dotykają i obchodzą losy himalaistów. To dlatego śledzimy wyprawy narodowe, dlatego w miniony weekend szukaliśmy nowych wiadomości na temat wyprawy ratunkowej czwórki polskich himalaistów. Ze śmiercią wiąże się też jeden z najbardziej poruszających dla mnie fragmentów książki JHB. Autor opisuje śmierć niemieckiej himalaistki, która zginęła w czasie, gdy on był pod Broad Peakiem. A zginęła nie szturmując szczyt czy z niego schodząc, lecz podczas przechodzenia przez mostek nad górskim potokiem. Potok był oblodzony i jego dno tworzyło coś w rodzaju śliskiej rynny, do której wpadła himalaistka. Obciążona ciężkim plecakiem nie była w stanie wydostać się na brzeg. Zjechała lodowa rynną gdzieś w niewidoczne, ukryte w lodowcu szczeliny. Pod Broad Peakiem jest kopczyk z kamieni, upsypany ku jej pamięci. To wstrząsające zdarzenie według mnie dobrze oddaje rodzaj niebezpieczeństwa wiążącego się ze wspinaczką wysokogórską: nawet jeśli wydaje się, że jest ok i jesteśmy przygotowani na każdą ewentualność, zawsze może wydarzyć się coś tak kompletnie nieprzewidywalnego.

Rozumiem Zuzę i jej zainteresowanie sprawą akcji pod Nanga Parbat, nie dziwi mnie, że zadaje dużo różnych pytań na ten temat. Ze mną jest podobnie – też śledziłam doniesienia medialne w ciągu ostatnich dni. Nie na wszystkie pytania Zuzy odpowiedziałam, nie wszystkie wiadomości, które posiadam, jej przekazałam. Całość jakoś tam przefiltrowałam przez rodzicielskie sito. Skoro już jednak Zuza zaczęła pytać o różne kwestie związane z himalaizmem, chciałam nie tyle ja straszyć, ile dać jej odczuć, że zdobywanie najwyższych gór zimą to coś więcej niż sport, że to skomplikowane, wielowątkowe zagadnienie, straszne i fascynujące zarazem. Himalaizm potrafi być też piękny i pociągający, nawet czysto wizualnie. Na zdjęciach i filmach himalaistów zazwyczaj ukazuje się uśmiechniętych, w kolorowych ubraniach, ogorzałych od wiatru i słońca, opalonych. Czasem przypominają mi trochę hipisów. Albo półbogów: szczupli, roześmiani zdobywcy, stojący na tle niedostępnych górskich krajobrazów.

Mam nadzieję, że Zuza i moje pozostałe córki przeczytają w przyszłości jakieś książki poświęcone himalaizmowi i polskim wspaniałym wspinaczom, ale mam też nadzieję, że nie zainteresują się wspinaczką wysokogórską w stopniu bardziej praktycznym. Nie planuję uprawiania sportów ekstremalnych, nie zamierzam uczyć się wspinaczki i ma nadzieję, że cała moja rodzina również. Ale przyznam, że zawsze chciałam choć po części zrozumieć ludzi, którzy się wspinają, starać się dobrze pojąć to, co ich pociąga w zdobywaniu gór i sprawia, że poświęcają temu czemuś życie, często w sposób dosłowny. Czy do nadludzkiego wysiłku popycha ich sportowa rywalizacja, chęć bycia najlepszym, pokonywania swoich ograniczeń? Czy może własne ambicje? W każdym razie – jest to coś, czego do końca nie potrafię nazwać, i z tym właśnie pytaniem Zuzy miałam największy problem. Nie od dziś wiadomo, że to, co nieznane, niedostepne, często fascynuje i chyba dlatego wspinaczy fascynują góry. Z kolei ich wyprawy wysokogórskie będą fascynować całe masy ludzi właśnie dlatego: dlatyego, że tylko nieliczni mają odwagę zmierzyć się z ośmiotysięcznikami, a już naprawdę niewielka garstka ludzi ma odwagę zdobywać te góry zimą. I jeśli nie brzmi to jak oksymoron i koszmarny zlepek słów – to można powiedzieć, że zachodzi tu coś w rodzaju fascynacji czyjąś fascynacją.

Osobną kwestią jest zgiełk medialny, który kreują takie dramaty, jak ten pod Nanga Parbat. Daleka jestem od krytyki i potępiania ludzi, którzy w emocjach ferują wyroki w stosunku do Mackiewicza („po co szedł, trzeba było siedzieć w domu”), jego partnerki Revol („zostawiła partnera w potrzebie, co za świństwo”), akcji ratowniczej („wyrzucanie pieniędzy w błoto”), w końcu tych, którzy krytykują krytykujących („ciemnogród znowu przemówił”). Wkurzają mnie wszyscy wyżej wymienieni, ale ponieważ czytanie komentarzy internetowych stało się chyba już sportem narodowym, to i ja nie jestem od tego skrzywienia wolna. Też czytam, choć czasem sama nie wiem, po co. Ale cały ten hałas jest już nieodłącznym składnikiem takich wypraw, widać to było wyraźnie po wydarzeniach na Broad Peak w 2013 roku. Dobrze pamiętam burzę, jaka rozpętała się wokół tych członków wyprawy, którzy przeżyli. Opinia publiczna i część środowiska himalaistów nie oszczędziła przede wszystkim Adama Bieleckiego. Teraz wiele razy w internetowych komentarzach mignęło mi stwierdzenie, że się “zrehabilitował za 2013”.

Wiem, że moje córki też mogą kliknąć i poczytać komentarze pojawiające się na różnych forach, pewnie czasem same się też wypowiedzą, ale ma nadzieję, że zawsze będzie im towarzyszyć to coś, co wyczułam rozmawiając ostatnio z Zuzą: a wyczułam współczucie, empatię i przerażenie z powodu sytuacji, w jakiej znalazł się drugi człowiek, także chęć jej zrozumienia.

 

Zdjęcie przedstawia szczyt Ladyfinger w górach Karakorum w Pakistanie – źródło

Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedinmail