Sen – jedno słowo, wiele emocji

Wydawać by się mogło, że sen nie jest jakimś specjalnie zajmującym zagadnieniem. Śpi się i tyle, co najwyżej można dyskutować o znaczeniu snów. Jednak już jeśli chodzi o sen dzieci i sen rodziców tychże dzieci – to już są to tematy pasjonujące. Tu dyskutować można długo i poruszać wiele wątków: czy usypiać dzieci; a jeśli usypiać – to jak; czy dziecko może spać w wózku; czy dwumiesięczne dziecko może przesypiać całą noc; czy trzyletnie dziecko może nie przesypiać całej nocy… Mogłabym jeszcze długo, długo wymieniać, a lista pewnie i tak byłaby niekompletna.

Sama przyłapałam się ostatnio na tym, że pierwszymi pytaniami, którymi zasypałam moją koleżankę, świeżo upieczoną mamę, były te związane ze snem: czy maluch daje pospać w nocy? A czy dużo śpi w dzień? Czy od razu zasypia w aucie, kiedy gdzieś jedziecie? Czy ona sama jest w miarę wyspana? Tak, sen naszych dzieci jest zagadnieniem pasjonującym. Podobnie jak sen nas, rodziców, szczególnie kiedy staje się dobrem reglamentowanym – a tak jest w pierwszych tygodniach/miesiącach/latach życia naszego dziecka. Niepotrzebne skreślić.

Historia rodzicielskich wyzwań to w dużej mierze historia snu i jego deficytu. Zaczyna się już w szpitalu: rodzi się nam dziecko, które – zmęczone po porodzie – najczęściej dość szybko zasypia. Matka od razu po porodzie nie może zasnąć, najczęściej nie pozwala jej na to personel szpitalny i hormony. Potem, kiedy już poziom emocji i powieki zaczynają nieco opadać, okazuje się, że teraz spać nie można, bo trzeba tulić, karmić, przewijać, podziwiać małe paluszki i uszka. Jednym słowem: od pierwszych chwil życia naszego dziecka ze snem bywa kiepsko. Dobrze pamiętam czas tuż po narodzinach moich trzech pierwszych córek, które przyszły na świat w nieistniejącym już oddziale położniczym szpitala MSWiA w Krakowie. Ordynator i personel hołdowali zasadzie, że matka po porodzie przede wszystkim ma się wyspać i odpocząć. W myśl tej zasady noworodki zabierano do sali ogólnej na kilka godzin w nocy, a my, matki, mogłyśmy się wyspać. Dzieci wracały do nas oczywiście w porze karmienia i na ewentualne życzenie mam. Uznałam tę zasadę za bardzo mądrą, skwapliwie korzystałam z możliwości spokojnego wyspania się i w nocy nie praktykowałam systemu rooming-in. Nie byłam w tym zresztą odosobniona, wszystkie moje szpitalne współtowarzyszki również korzystały z luksusu nocnego odpoczynku. Te kilka godzin spokojnego snu w nocy, przy zgaszonych światłach, w ciszy – to był naprawdę luksus. O tym, jak był wielki, przekonałam się po narodzinach Zosi, która przyszła na świat już w innym szpitalu. Tu system rooming-in obowiązywał właściwie już od razu po porodzie. Jego efektem ubocznym w przypadku przebywania w kilkusobowej sali było chroniczne zmęczenie i brak snu. Dwie doby spędzone w małej sali z dwiema innymi mamami i dwoma innymi noworodkami, w 35-stopniowym upale, to był niezły sajgon. Noce były straszne: kiedy jedno z dzieci przestawało płakać i zasypiało, budziło się kolejne. Brak snu wytrzymałam wtedy chyba tylko dzięki hormonom i poporodowej euforii.

Po powrocie ze szpitala ze snem juz nieco nieco lepiej, w sprzyjających warunkach da się nawet trochę podrzemać w ciągu dnia. Ale za to zaczynają się analizy: czy moje dziecko śpi wystarczająco dużo w dzień; czy śpi wystarczająco dużo w nocy; czy to normalne, że budzi się co godzinę; czy niemowlę może spać 5 godzin bez przerwy… Kiedyś w jakimś artykule natrafiłam nawet na specjalne tabelki z zestawieniem, ile powinno spać dziecko w danym wieku w ciagu dnia lub nocy. Niezależnie od tego, co mówiły tabelki – kiedy na świecie pojawiały się moje córki, stan bycia wyspaną znikał z mojego życia na długie miesiące. Gdzieś tak w okolicach pierwszych urodzin dziewczynek sytuacja się nieco normowała: one przesypiały godzinę-dwie w ciągu dnia, a w nocy nawet kilka bez przerwy. Już było się z czego cieszyć i z czasem ze snem było coraz lepiej.

Wydawać by się mogło, że kilkuletnie dziecko, taki przedszkolak, to już wreszcie koniec tego typu problemów. Niestety nie. Problemy z usypianiem, zasypianiem i dbaniem o niezakłócony sen małego dziecka w przypadku kilkulatka zmieniają się w problemy z budzeniem. Wkraczamy w męczący etap porannych pobudek, zwlekania dziecka z łóżka, porannego marudzenia, napadów wściekłości z powodu niewłaściwych rajstop czy butów. Wszystko to zazwyczaj pod presją czasu, bo przecież trzeba jeszcze dotrzeć do pracy, najlepiej przed południem… Jakby tego wszystkiego było mało – jest jeszcze jedna kłoda rzucana niewyspanym rodzicom pod nogi: leżakowanie. Dla przedszkolaków i pań wychowawczyń jest to pewnie piękny czas, gorzej dla rodziców. Wyspany kilkulatek po powrocie z przedszkola spokojnie „wytrzyma” do 22 czy 23. Sytuacja ta, poza niemożnością ucieszenia się wieczornym wypoczynkiem bez towarzystwa dziecka, oznacza też problemy z wstawaniem dnia nastepnego. Szczególnie, jeśli trzeba wstać dość wcześnie. Błędne koło, bez dwóch zdań.

Ze starszymi dziećmi też jest trochę atrakcji, jeśli chodzi o sen. Moje nastolatki zazwyczaj ciężko dobudzić nawet w okolicach siódmej, a przecież trzeba jeszcze wziąć poprawkę na niezbędne ablucje, makijaże, czesanie, poszukiwania zeszytów i książek. Wszystko to są czynności czasochłonne i konieczne, choć jakoś żadna z moich starszych córek ani myśli poświęcać nawet minuty snu kosztem ich wykonania. Na szczęście wszystkie te wydarzenia na ogół znam tylko z relacji, moje poranki wyglądają w przeważającej wiekszości tak: wstaję około 6, myję się, ubieram i maluję, robię sobie kawę oraz drugie śniadanie dla Ali – po czym wychodzę do pracy. Reszta rodziny jeszcze śpi. Na posterunku zostaje Ukochany Mąż, który ma wątpliwy zaszczyt budzić, poganiać i jeszcze raz budzić córki w wieku szkolnym oraz zajmować się Zosią, która rano zazwyczaj domaga się noszenia i przytulania. Dopiero potem nastepuję wspólne wyjście do pracy i szkoły. Szczerze mówiąc – bardzo się cieszę, że mnie to wszystko omija. Nie omijają mnie za to wieczorne problemy związane ze snem, a dokładnie z przysypianiem podczas oglądania filmów. Zdarzają się znacznie rzadziej, niż te z porannym budzeniem, ale dość ciężko się z nimi uporać. Kiedy w weekend czy w święta oglądamy coś do późna, jestem zazwyczaj jedyną osobą w naszej rodzinie, która ogląda film do końca (głównie dlatego, że równocześnie oglądam i piszę tekst na bloga). Tak było choćby podczas ostatnich świąt Bożego Narodzenia, kiedy oglądaliśmy (po raz czwarty czy piąty) „Gwiezdny pył”. Scenę zagłady czarownicy granej przez Michelle Pfeiffer oglądałam już, rzecz jasna, tylko ja. Reszta rodziny pochrapywała ciszej lub głośniej, nie dzieląc ze mną radości ze szczęśliwego zakończenia historii Tristana i Yvaine. Z ciężkim westchnieniem powyłączałam elektronikę i przystapiłam do budzenia rodziny. Zgodnie z przypuszczeniami, Ukochany Mąż nie zareagował na cmokanie, tarmoszenie i głośne komunikaty słowne. Stało się jasne, że raczej nie pomoże mi w budzeniu córek i eskortowaniu ich do własnych łóżek. Na szczęście Ania w miarę szybko się ocknęła i bez problemów poszła na górę; Zuza obudziła się na chwilę, rozejrzała nieprzytomnie dookoła, odmówiła głośno jakiejkolwiek współpracy i ponownie opadła na kanapę; Ala spała snem kamiennym i nic nie wskazywało na to, że ten stan się zmieni do 6 rano dnia nastepnego. Musiałam operację budzenia powtórzyć kilkukrotnie i potem kilkukrotnie człapać po schodach na górę, podtrzymując rozespane córki. Mąż na szczęście poszedł sam.

Sen dziecka jest jedno z najpiekniejszych zjawisk w życiu każdego rodzica. Powiedziałabym, że czasem jest to przeżycie niemalże mistyczne: kiedy udaje nam się w końcu, po wielu godzinach wycia (dziecko), noszenia (my) uśpić delikwenta – ulga jest nieziemska. Ja wiem, że są rodzice-szczęściarze, którzy po prostu odkładają malucha do łóżeczka i już, proszę, jak pięknie śpi. Ja niestety do tej radosnej grupy nigdy nie należałam. Nigdy nie praktykowałam żadnego treningu samodzielnego zasypiania – pewnie to błąd, bo różnych męczących sytuacji z usypianiem mogłabym sobie zaoszczędzić. Ale chyba nie byłam specjalnie zmotywowana, bo nie należałam też do grupy największych pechowców – czyli rodziców dzieci, które przyjęły sobie za punkt honoru pobić światowe rekordy w braku snu. W zasadzie nie mogę narzekać, moje córki w okresie wczesnoniemowlęcym spały całkiem przyzwoicie; mam odnotowane przypadki przespania całej nocy w wieku zaledwie dwóch miesięcy (i to nie przez jedną z nich – ale przez wszystkie!). Niestety, były to raczej wyjątki niż reguła.

Chyba tylko jedna z naszych córek – Zuza – ma na swoim koncie epizod niebezpiecznie wystawiający na próbę naszą rodzicielską odporność na brak snu. Cała historia wydarzyła się, kiedy Zuza jako półtoraroczna dziewczynka z niewiadomych przyczyn pokochała spanie w swoim wózku. Ostatecznie nie byłoby w tym nic złego, wózek był w miarę wygodny i machnęłabym ręką na tę fanaberię, byleby się tylko dało wyspać. Ale nie, to nie było takie zwykłe spanie w wózku. Zazwyczaj działo się tak: Zuza zasypiała w łóżeczku, po kilku godzinach budziła się, ryczała, pakowała się do wózka i wtedy trzeba było ją usypiać jeżdżąc wózkiem po skrzypiącym parkiecie. Nie było to zadanie proste. Mieszkaliśmy wtedy w bloku, który nie miał idealnej izolacji akustycznej, za to miał stary parkiet i mając na uwadze sen starszej córki oraz sąsiadów – chcieliśmy zminimalizować ryzyko obudzenia tych wszystkich ludzi rykiem domagającej się wożenia w Inglesinie Zuzy. Pracowałam wówczas w jednej z krakowskich korporacji „na Stany” (tłum. z korpomowy: zaczynałam pracę po południu i kończyłam o 23). W domu byłam przed północą i natychmiast padałam na łóżko ledwo żywa. Możecie sobie wyobrazić mój stan, kiedy mniej więcej dwie godziny po tym, jak zasnęłam, budził mnie płacz Zuzy domagającej się wożenia w wózku. Na szczęście (dla mnie i mojego ówczesnego komfortu snu) Ukochany Mąż poświęcał się regularnie i woził tę naszą Zuzkę po nocach… Czasem na jednej „sesji z wózkiem” się nie kończyło, więc było to poświęcenie naprawdę niewyobrażalne. Ja nie byłam w stanie zwlec się z łóżka, a co dopiero manewrować po parkiecie z wózkiem i płaczącym dzieckiem. Ten okres to był prawdziwy senny koszmar w sensie dosłownym, bo snu było koszmarnie mało. Trwało to kilka miesięcy. Nie wiem, czy te nocne akcje Zuzy miały być jakaąs formą sprzeciwu wobec mojego nietypowego czasu pracy – ale kiedy zmieniłam pracę na „dzienną”, Zuza zaczęła spać lepiej i wózek znów mógł nam służyć tylko podczas spacerów.

Teraz atrakcje związane ze snem najczęściej zapewnia nam Zosia i okres przejściowy pomiędzy stanem „drzemka w dzień” a stanem „brak drzemki w dzień”. Bywa różnie. Czasem idzie gładko i około 12 my albo niania (zależnie od dnia tygodnia) usypiamy ją. Jeśli dalej idzie gładko, to Zocha budzi się wyspana po 1,5 godzinie i wieczorem zasypia bez problemów o normalnej porze (to znaczy przed 22). Oczywiście czasem bywa inaczej, są różne scenariusze i nie w każdym z nich wszystko wygląda tak bezstresowo. Czasami Zosia nie śpi w dzień w ogóle i od 16-17 jest ryk i marudzenie, pokładanie się na poduszkach, rzucanie zabawkami. O ile udaje się jakoś dotrwać do okolic 19 – to bingo, mamy prawie pewny wolny wieczór. Wprawdzie dzień był ciężki, ale przynajmniej od 19 można się już cieszyć zasłużoną nagrodą w postaci wieczornego luzu. Tak było na przykład przez ostatnie dwa dni – bez drzemki, ale i na szczęście bez wielkiego wieczornego dramatu. Czasem bywa całkiem źle, zazwyczaj wtedy, kiedy Zosia przyśnie sobie około 17 lub 18. Wystarczy pół godziny drzemki, żeby zmasakrować resztę dnia i część nocy. Wczoraj na przykład urzędowałyśmy z Zosią prawie do północy. Wyspała się, skubana, późnym popołudniem i miała siły na układanie do snu tych wszystkich misków i żyrafek. Starsze siostry już od dawna przebywały w krainie Morfeusza. Ukochany Mąż spał obok, słusznie zmęczony po trudach podróży służbowej. Ja miałam zdecydowanie gorzej – wprawdzie też byłam słusznie zmęczona, ale nie zdążyłam zasnąć przed Ukochanym Mężem. W końcu, używając coraz mniej delikatnej perswazji, udało mi się wymusić powywalanie tych wszystkich pluszakowych rupieci z naszego łóżka, zgasić światło i skłonić Zosię do rozpoczęcia procesu zasypiania. Dodam tylko, że nie było to proste. Ufff. Leżałyśmy już dobrą chwilę w ciemnościach, nawet zaczęłam trochę przysypiać, kiedy w moim uchu odezwał się cichutki szept wypowiadający standardowy komunikat: mamo, chce mi się piciu. Cóż było robić… trzeba było porzucić ciepłe wyro i zejść na dół do zimnej kuchni po piciu.

I tak to jest z tym snem. Wiążą się z nim jedne z naszych najgorszych rodzicielskich wspomnień (vide Zuza i wózek), ale też i te najmilsze, kiedy z rozczuleniem patrzymy na śpiące pociechy. Zapewne każdy rodzic ma pokaźną kolekcję zdjęć swoich śpiących dzieci: od noworodków uśmiechających się przez sen, śpiących z rączkami ułożonymi a la niemowlę, po dzieci zasypiające podczas zabawy, na stojąco, podczas jedzenia, w dziwnej pozie czy jakimś nietypowym nietypowym miejscu. Gdyby ktoś się mnie pytał, jak to powinno być z tym snem, to uważam, że dzieci powinny spać dużo, w dzień i w nocy. Ich rodzice też. Bo sen to zdrowie i tego się trzymajmy.

Wpisy, które mogą Cię zainteresować:

Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedinmail