Oslo: Nesbo, Hole i pozostałe atrakcje. Część druga

Pisząc o Parku Frogner pominęłam – zupełnie niesłusznie – dzielnicę Uranienborg, przez którą prowadziła nasza trasa. Uranienborg jest zapewne dobrze znany wielbicielom serialu „Skam”, to tu zlokalizowana jest szkoła, w któej toczy się spora część akcji serialu (Hartvig Nissens skole). Muszę przyznać, że dzielnica robi przyjemne wrażenie: piękne, zadbane kamienice, stare domy z ogrodami, ciche ulice, tu wieżyczka, tam piękny portal. Sceneria wymarzona dla serialu. Czuć nienachalny luksus i prestiż. Dodam tylko na marginesie, że Uranienborg u Nesbo również się pojawia: to tu mają siedziby drogie kancelarie prawnicze.

Po spotkaniu z elegancją Uranienborga i niejednoznacznymi rzeźbami Gustava Vigelanda postanowiliśmy od razu zaatakować  Półwysep Bygdoy. Norwegowie dość sprytnie umieścili tam w kupie kilka muzeów, organizując do nich transport promowy z centrum miasta. Nas interesował w zasadzie tylko norewski skansen, czyli Norsk Folkmuseet, ale oprócz tego przybytku norweskiej wsi na półwyspie można jeszcze zajrzeć do muzeum łodzi Wikingów oraz muzeum poświęconego wyprawie Kon-Tiki.  My nie mieliśmy czasu (ani specjalnej ochoty) na zwiedzanie wszystkich trzech miejsc, postawiliśmy więc na skansen – co okazało się decyzją bardzo dobrą. Muzeum zlokalizowane jest na sporym terenie, więc na odwiedzenie wszystkich jego zakątków warto zarezerwować sobie co najmniej kilka godzin. W skansenie można zobaczyc nie tylko typowe norweskie chaty, z dachami porośniętymi trawą, ale i kościół stave (taki, jak w Karpaczu), dawne gabinety dentystyczne, sklep, w którym sprzedawca częstuje dzieci cukierkami (szkoda, że pomija dorosłych), stację benzynową, a także sklep monopolowy.

 

Wspomniałam już, że na półwysep z muzeami najłatwiej można dostać się promem: z centrum Oslo płynie się tu nie więcej niż 10 minut, rejs w dwie strony kosztuje 69 NOK. Tu mała dygresja połączona z poradą dotyczącą żeglugi morskiej w granicach Oslofjorden: jeśli chcemy wybrać się na wycieczkę statkiem po fiordzie, mamy do wyboru właściwie tylko jedną opcję, czyli rejs statkiem przypominającym żaglowiec za 315 NOK (ok 160 zł) od osoby. Rejs trwa 2 godziny. My już-już byliśmy zdecydowani popłynąć, ale ostatecznie zniechęciła nas pogoda (wiało i padało, a statek miał otwarty pokład). Koniecznie jednak chcieliśmy się przepłynąć jakimś statkiem i w poszukiwaniu planu B trafiliśmy na Aker Brygge, do kas portowych. Okazuje się, że chcąc popływać po Oslofjorden równie dobrze można skorzystać ze zwykłego promu rejsowego, kursującego co godzinę do 5 wysepek rozsianych po fiordzie. Jeden bilet kosztował – uwaga – 35 NOK (jakieś 17 zł), co w zestawieniu z 315 NOK robi całkiem spora różnicę. Tak więc popłyneliśmy. Rejs trwał godzinę i choć nie był typowo turystyczny, dał nam jako takie pojęcie o tym, czym jest Oslofjorden, a w dodatku zapewnił dach nad głową w czasie deszczu. Z tego, co zauważyłam rozglądając się po pokładzie promu wynikało, że nie tylko my wpadliśmy na taki pomysł; z kilkudziesięciu pasażerów naszego statku tylko kilka osób wyglądało mi na mieszkańców wysp, wracających do domu po zakończeniu pracy na stałym lądzie. Reszta porozsiadała się wygodnie w fotelach i kontemplowała morskie widoki, głównie w postaci kormoranów nurkujących niestrudzenie w poszukiwaniu obiadu oraz kolorowych hytte (czyli małych wakacyjnych domków), którymi usiane są wysepki wokół Oslo.

Chodzenie po nieznanych miastach, bez specjalnie przygotowanego planu i kurczowego trzymania sie mapy ma tę zaletę, że człowieka co i rusz spotykają niespodzianki, których nijak nie doświadczy, podróżując w bardziej zorganizowany sposób. I tak przy Frognerkilken (mała zatoczka przy Bygdoy) stanęłam jak wryta, bo tuż przy ruchliwej drodze, na niewielkim skrawku trawy, pasło się stadko bernikli białolicych. W wodach fiordu, obok mew i łabędzi, pływała samotna gęgawa. Już nie wspomnę o edredonach, które w wodach otaczających Oslo są chyba najpopularniejszymi ptakami. Wszystkie te gatunki widziałam po raz pierwszy w życiu, a przecież był to tylko jakiś nędzny przedsmak możliwości, jakie Skandynawia oferuje sympatykom awifauny! Oprócz bernikli na Bygdoy zdumiał mnie jeszcze widok owiec spokojnie skubiących trawę na nadbrzeżu (jako dość szczególne połączenie widoku typowo górskiego z typowo morskim) oraz mijane przez nas po drodze do skansenu stadko krów, swobodnie spacerujących po lesie i pożywiających się trawą.

Chcąc gdzieś z Oslo popłynąć najlepiej udać się na Aker Brygge. To nadbrzeże jest jednym z bardziej zatłoczonych miejsc w Oslo – ale nic dziwnego, to stąd kursują dziennie dziesiątki promów w bliższe lub dalsze zakątki Oslofjorden. Oprócz przystani promowej przy Aker Brygge mieszczą się szpanerskie knajpy, a na samym końcu nadmorskiej promenady rozbudowuje się Tjuvholmen, czyli Wyspa Złodzieja. Dawniej był tam syf i brud, teraz jest to ekskluzywna miejscówka, ze szpanerskimi sklepami, biurami, knajpkami, a także z prywatnym muzeum sztuki współczesnej Astrup Fearnley. Widać, że w Tjuvholmen władowano naprawdę sporo petrokoron. Budynek muzeum, projetu Renzo Piano, robi wrażenie, a równocześnie prezentuje się dość skromnie: wiem, że to brzmi jak oksymoron, ale takie właśnie wrażenie odniosłam, patrząc na drewno, trochę szkła i metalu, które zebrane do kupy tworzy gmach muzeum. Tak jak Opera kojarzy mi sie ze statkiem, muzeum AF przypomina trochę morską falę. I podobnie jak w przypadku  Opery, także tu mamy do czynienia z budowlą niejako schodzącą do wody, otoczoną przez wodę i dobrze z wodą koegzystującą. Na Tjuvholmen swoje siedziby ma też sporo firm, dlatego przy odrobinie szczęścia można się tam natknąć na przystojnych Norwegów w eleganckich garniturach (głupio mi było robić zdjęcia en face, więc załączam tylko tyły :)), wychodzących lub wchodzących do swych biur. Aż sama się zdziwiłam, jakie interesujące i nietypowe dla matki wielodzietnej obserwacje jestem w stanie poczynić, kiedy nie muszę co chwilę rozglądać się wokół z obowiązkowym  pytaniem “a gdzie jest Zosia?” na ustach.

 

 

Trzeciego dnia włóczenia się po Oslo wybraliśmy się na Holmenkollen. Było to jedyne miejsce, gdzie nie dotarliśmy na własnych nogach – tym razem wybraliśmy metro. I dobrze: dzielnica Holmenkollen leży przecież na wzgórzu i wspinaczka pod skocznię narciarską niekoniecznie była mi w smak. Był to już w końcu trzeci dzień poznawania miasta z buta, dziennie robiliśmy jakieś 30 km, a w dodatku Ukochany Mąż miał za sobą udział w maratonie (bagatela!).

Holemenkollen to przede wszystkim skocznia. Przyznam, że o ile z daleka wygląda całkiem ładnie – taki wygięty metalowy łuk – z bliska robi wrażenie dość upiorne (przynajmniej tak było ze mną). Budzi respekt już wtedy, kiedy stoimy u jej podnóża, wolę nie mysleć, co się czuje stojąc na jej szczycie. A jeszcze jak trzeba z czegoś takiego skoczyć, brrr!

Ale Holmenhollen to nie sama skocznia, rzecz jasna: ze wzgórza rozciąga się przepiekny wodok na leżące poniżej centrum Oslo i fiord. Holmenkollen to także dzielnica, która często pojawia sie w powieściach Nesbo – w końcu mieszka tu Rakel. Wg Nesbo dom Rakel stoi gdzieś przy Hollemnkollveien – akurat tam się nie wybraliśmy (uznałam, że byłaby to już przesada zakrawająca na niezdrowy fanatyzm), ale wracając spod skoczni porozglądałam się nieco po domach wybudowanych na zboczach wzórza i myślę, że wiem, jaki dom Nesbo miał na myśli opisując dom Rakel. Stara, duża, drewniana willa, ze żwirowym podjazdem. Wokół drzewa. Całość mogłaby wyglądąć na przykład tak:

Albo tak:

Albo tak:

W zasadzie całe Holmenkollen to dzielnica takich wielkich, starych domów, z których każdy ma obłędny widok na fiord. No, nie powiem: na miejscu Harry’ego porzuciłabym bez żalu Sofies Gate na rzecz miejscówki z takim widokiem:

Ostatnim przystankiem na trasie “Oslo by Harry Hole” był ratusz. Co ciekawe, ratusz miejski w Oslo ma bardziej prestiżową lokalizację i jest większy od norweskiego parlamentu. Jego wygląd zewnętrzny nie jest specjalnie atrakcyjny (mi wyglądał na jakieś dziwaczne skrzyżowanie fabryki z więzieniem), a szukając wejścia od strony morza można się sporo nachodzić i w dodatku odejść z kwitkiem. Wejście do ratusza umieszczone jest dość nietypowo, a moje podejrzenia co do jakichs dziwnych akcji projektowych jeszcze się pogłębiły, kiedy po powrocie do domu przeglądałam książki Nesbo w poszukiwaniu fragmentów poświęconych miastu i natrafiłam na taki oto ustęp:

Samochód skręcił na tyły ratusza. Mikael wysiadł i ruszył do wejścia. Niektórzy twierdzili, że właśnie tu znajdowało się główne wejście, zaprojektowane przez architektów Arneberga i Poulssona w latach dwudziestych ubiegłego wieku, a projekt odwrócono przez nieporozumienie. Gdy to odkryto pod koniec lat czterdziestych, budowa posunęła się już na tyle daleko, że sprawę wyciszono i udawano, że nic się nie stało, z nadzieją, że ci, którzy przypłyną do stolicy Norwegii fiordem, nie zrozumieją, że wita się ich kuchennym wejściem. (Jo Nesbo, “Policja”, Wrocław 2013, s. 34)

Po odnalezieniu wejścia możemy przekonać się, że ciemne, nieco przytłaczające ceglane ściany ratusza kryją zupełnie inne w charakterze wnętrze. Ratusz jest udostępniony do zwiedzania (bez opłat), można zobaczyć parter, piętro, w tym także salę obrad. Wszystko to jest przeciwieństwem monochromatycznego wyglądu zewnętrznego budynku. Ciemna cegła skrywa bowiem takie oto kolorowe skarby:

 

Niektóre z malowideł kojarzą się z socrealizmem, inne ze stylistyką golasów Vigelanda; ogólnie całość jest interesująca, a już na pewno nie przypomina większości siedzib władz miejskich, które znałam do tej pory.

Na jakie inne drobiazgi kojarzące się z Nesbo natrafiłam jeszcze podczas zwiedzania stolicy Norwegii? Przede wszystkim – widziałam Fretexy, czyli ciucholandy prowadzone przez Armię Zbawienia. W porównaniu z polskimi szmateksami Fretexy wyglądają dość luksusowo. Gdyby nie znajome logo Armii Zbawienia widniejące na szyldzie, chyba w ogóle nie zorientowałabym się, że chodzi o handel rzeczami używanymi.

Zupełnie przypadkowo natknęłam się na siedzibę Aftenposten, najczęściej pojawiającego się u Nesbo norweskiego tytułu prasowego, a także na Grand Hotel (u Nesbo najczęściej wystepujący jako miejsce schadzek, min. Mikaela Bellmana i Isabelle Skoyen). Z kolei plac Egertorget – pojawiający się niemalże w każdej powieści Nesbo – w rzeczywistości nie jest jakoś dobrze oznakowany, w każdym razie nie udało mi się znaleźć żadnej tablicy z jego nazwą, a zorientowałam się, że „to tu” tylko i wyłącznie dzięki pomocy zdjęć z internetu.

Kierując się w strronę Damstredet, małej uliczki z kolorowymi drewnianymi domkami (wg mnie – nieco przereklamowana atrakcja, ale już trudno – poszliśmy…) przespacerowaliśmy się też brzegiem rzeki Aker. Tu z akurat żałowałam, że nie mamy więcej czasu na poznanie Oslo: okolice rzeki Aker są bardzo przyjemne i nic dziwnego, że wiele osób rozsiada się tam wygodnie z książką, aby chwilę odpocząć.

Z reguły rzadko powracam do już przeczytanych książek, ale po naszej wyprawie do Oslo z chęcią sięgnełabym po całą serię Nesbo o komisarzu Hole (o ile czas pozwoli). Z tym, że teraz pewnie więcej uwagi  niż na kryminalną intrygę zwracałabym na wszystkie fragmenty poświęcone stolicy Norwegii. Zawsze czułam, że sposób, w jaki Nesbo pisze o swoim mieście jest wyjątkowy, odwierciedla nie tylko ciepłe uczucia, jakim darzy on miasto, ale i dostarcza całkiem sporej (i nietypowej) dawki wiedzy na temat danego miejsca (vide historia Ratusza). Dopiero teraz jestem w stanie to wszystko tak naprawdę docenić i ocenić. Dopiero teraz, kiedy już Oslo trochę poznałam, widzę też, jak bliskie rzeczywistości były moje wyobrażenia o tym mieście. Cóż, nie od dzis wiedziałam, że Nesbo to świetny pisarz – teraz wychodzi na to, że również dobry z niego kronikarz Oslo.

Na koniec muszę jednak zejść nieco z tego pochwalno-patetycznego tonu fanki serii o Harrym Hole. Nadszedł czas na wyznanie, z czym Oslo będzie kojarzyć mi się najmocniej i – o dziwo – nie będzie to nic związanego z książkami Nesbo. Po wizycie w Oslo, obok wszystkich wspaniałych widoków fiordu, Opery, Tjuvholmen czy Aker Brygge zostaną mi w pamięci dwa szczególnie często spotykane tam zjawiska. Czy raczej sytuacje. Rzecz pierwsza: nadspodziewana mnogość samochodów elektrycznych. Samochody jeżdżące po Oslo to głównie Tesle, e-Golfy, Outlandery Phew, w pełni elektryczne Nissany i Toyoty. Elektrycznych stacji tankujących jest dużo, sądzę, że w takich warunkach faktycznie można decydować się na kupno samochodu na prąd. Widać, że w Norwegii władze bardzo poważnie podchodzą do deklaracji zakładających  sprowadzenie poziomu emisji dwutlenku węgla do zera przed rokiem 2030. Skutkiem ubocznym tej elektryfikacji dróg Oslo jest cisza – może nie jest zupełna cisza, ale i tak poziom ulicznego hałasu w Oslo w zestawieniu choćby z Krakowem jest znacznie niższy.

Nie tylko aut na prąd ma Oslo pod dostatkiem. Tylu salonów fryzjerskich, co w stolicy Norwegii, nie widziałam wcześniej nigdzie. Na ulicy, przy której mieszkaliśmy, było ich 5. A nasza ulica nie była tu jakimś wyjątkiem, generalnie w całym Oslo – co kilkadziesiąt metrów – kolejny Frisor. W pewnym momencie zaczęłam się już bawić w liczenie ich i poważnie się niepokoiłam, gdy wchodziliśmy w ulice, na których żadnych Frisorów nie było widać przez jakieś 50 metrów. Ja rozumiem, że Norwegowie lubią dbać o wygląd, o włosy, ale jak to możliwe, że jest tych salonów taka masa, i wszystkie zdają się mieć klientów? Nawet, jeśli wyglądają jak ten ze zdjęcia – i nie, nie pomyliłam się, to nie jest skansen.

Takim mieszanym akcentem, w którym nowoczesność miesza się z klimatem typowo oldschoolowym – kończę wpis o Oslo. Wpis, który pisało mi się również z mieszanymi nastrojami: temat był wdzięczny, ale ilość zdjęć do przejrzenia i do wybrania mnie już umęczyła, podobnie jak pisanie niniejszego tekstu w licznych, acz krótkich przerwach zajmowania się posmarkującą i pokasłującą Zosią. Chyba nigdy dotąd nie poczułam, że pisanie bloga jest faktycznie odskocznią od codzienności, a przy tym również świetną okazją do poprzebywania jeszcze choć przez chwilę w niedawnej podróży. Cóż, było miło, ale się skończyło. Ale wiem, że do Oslo na pewno jeszcze wrócimy razem z Ukochanym Mężem: kto wie, może jeszcze przy okazji jakiegoś biegu, a już na pewno przy okazji nowej książki Nesbo, której premiera zaplanowana jest na wiosnę 2019. Zobaczymy, w jakie zaułki Oslo Nesbo zabierze nas tym razem. I czy w opisywanych przez niego miejscach rozpoznamy te, które niedawno widzieliśmy.

 

Pierwszą część wpisu o Oslo znajdziesz tutaj. 

Wpisy, które mogą Cię zainteresować:

Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedinmail