Niewidzialna Ewa

 

Chyba już kiedyś wspominałam o tym, że dużym plusem posiadania dzieci w różnym wieku jest możliwość oderwania się od problemów starszaków i ucieczki we wciąż jeszcze beztroski i niewinny świat najmłodszej pociechy. Zasada ta ma zastosowanie także w przypadku pisania bloga: kiedy czuję, że za dużo ostatnio było narzekania i marudzenia, i że już nawet mi się odechciewa wkurzać na szkołę czy psioczyć na natłok obowiązków – przypominam sobie, że na szczęście jest jeszcze jakże wdzięczny temat w postaci mojej 2,5-letniej Zosi.

Czy Wy lub Wasze dzieci mieliście kiedyś wymyślonych, niewidzialnych przyjaciół? Ja dotąd nie spotkałam się tym zjawiskiem, tyle tylko, że temat obił mi się o uszy w przeszłości. Z tego, co kiedyś na ten temat przeczytałam zapamiętałam głównie to, że niewidzialny przyjaciel jest zazwyczaj dowodem na bujną wyobraźnię dziecka i jest to zjawisko jak najzupełniej normalne. Powołując na świat niewidzialnego kumpla i opowiadając o jego przygodach, dziecko przetwarza rzeczywistość, uczy się i rozwija. Wymyślony przyjaciel zapewne ulotni się po kilku latach, kiedy jego twórca osiągnie wiek szkolny i znacznie bardziej niż dotąd zacznie skupiać się na świecie zewnętrznym.

Tak czy inaczej – wszystko co, na temat niewidzialnych przyjaciół można przeczytać, było dla mnie teorią, ponieważ ani ja, ani moje starsze córki nigdy nie miałyśmy wyimaginowanych przyjaciół. Dopiero Zosia powołała na świat taką przyjaciółkę – choć „przyjaciółka” jest chyba w tym przypadku określeniem nieco na wyrost, powiedzmy, że to dobra koleżanka. Ma na imię Ewa i pojawiła się w relacjach Zosi od kilka miesięcy temu. Zosia wspomina o Ewie i o tym, co tam nowego u niej słychać, kiedy wracam z pracy, prowadzi też z Ewą liczne rozmowy telefoniczne, kiedy tylko udaje się jej dorwać telefon kogoś z nas. Przyznam szczerze, że obserwowanie Zosi podczas tych telekonferencji z Ewą to dla mnie czysta przyjemność. Z czasem trwania tych rozmów jest różnie, czasem są to długie dyskusje, wielowątkowe i skomplikowane, którym towarzyszy intensywna gestykulacja oraz kilkukrotne zmiany intonacji głosu. A czasem jest bardzo lapidarnie:

– No cześć, cześć Ewa. Co tam, w porządku, no to pa, pik.

Najbardziej rozczula mnie to „pik” na końcu każdej rozmowy z Ewą :).

A oto przykład bardziej rozbudowanej dyskusji telefonicznej z Ewą:

– Halo, cześć, aha, dobra, nie możesz przyjść do mnie. Nie. Nie wolno ruszać tego pisaka, bo jest Ali ze szkoły. Ja tylko mogę pomalować ręce pisakiem i będę piękna. A potem trzeba zjeść zupkę i pójdziemy na spacer. Byłam wczoraj nad wodą i opalałam się i było siuper [dodam tylko, że jest grudzień i nie byliśmy się opalać nad wodą od sierpnia]. Były ptaszki nad wodą i jadłam lody, jak pojechaliśmy nad wodę. Pojedziemy znowu, jak zadzwonię, no to pa, pik.

Zaczęłam się zastanawiać nad genezą powołania Ewy na świat i rolą, jaką pełni ona w życiu Zosi. Z krótkiego researchu, jaki naprędce zrobiłam przy okazji pisania tego tekstu wynika, że niewidzialny przyjaciel kilkuletniego dziecka zazwyczaj występuje w jednej z następujących ról: kozioł ofiarny, wielbiciel, pocieszyciel, posłaniec, obrońca, opiekun oraz starszy brat*. Ponieważ ciężko mi było dokładnie dopasować Ewę do któregokolwiek z tych typów, zagłębiłam się w temat i zaczęłam przeglądać w myślach okoliczności, w jakich zazwyczaj pojawiają się wzmianki o niej. Przeanalizowałam sytuacje z Ewą w tle i wyszło mi na to, że Zosia wspomina o niej najczęściej, kiedy ktoś z nas wraca do domu z pracy lub szkoły i opowiada pozostałym domownikom, co przydarzyło mu się w ciągu dnia. Najbarwniejsze opowieści serwuje zazwyczaj Ala, która szczegółowo relacjonuje rozmowy z koleżankami, przebieg przerw, opowiada, co było na sprawdzianie, jakie dostała oceny, co ciekawego wydarzyło się podczas lekcji, itp. Wyszło mi na to, że Zosia, przysłuchując się naszym relacjom, nie chce pozostać w tyle i czuje silną potrzebę zaistnienia ze swoją opowieścią w życiu rodzinnym. Ot, uroki bycia członkiem dużej i hałaśliwej rodziny… Idę o zakład, że Ewa pojawiła się, ponieważ Zosia zaobserwowała, jak wracamy do domu i co po powrocie opowiadamy. A ponieważ nie chce być gorsza – w zestawie naszych wspólnych relacji od paru miesięcy pojawia się również jej głos z obowiązkowym wstępem:

– A Ewa… – i tu następuje opowieść o tym, co zrobiła czy powiedziała danego dnia Ewa.

Jak dotąd wszelkie przejawy bytności i działalności Ewy były raczej nieszkodliwe i co najwyżej zabawne. Ale czytałam też o niewidzialnych przyjaciołach dzieci, którzy z czasem zaczynali ujawniać swoje dość paskudne cechy charakteru i niejednokrotnie popychali swych „twórców” do różnych niesympatycznych czynów. Tak mi się coś wydaje, że był nawet jakiś film wykorzystujący podobny wątek, ale może coś mi się pomyliło. W każdym razie wszelkie dotychczasowe relacje Zosi na temat Ewy nie są w żadnym razie niepokojące, no, może z wyjątkiem jednej. Jakiś czas temu Zosia ni stąd, ni zowąd wypaliła, że „Ewa zrobiła kupę na adidasy”. Nie powiem, nieco się zdziwiłam, a nawet zaniepokoiłam tymi słowami. Ponieważ Zosi zdarza się czasem niewielkie opóźnienie, jeśli chodzi o dotarcie do nocnika na czas, czym prędzej udałam się do wiatrołapu, aby dyskretnie sprawdzić stan naszego obuwia. Na szczęście nic podejrzanie wyglądającego i pachnącego nie odkryłam, nawet po gruntownym przeszukaniu szafek na buty znajdujących się w piwnicy (dla pewności wolałam sprawdzić i tę opcję). Tym bardziej zastanawia mnie, skąd Zosia wzięła ten pomysł z zanieczyszczeniem przez Ewę adidasów. I w ogóle ciekawe, że w swojej wypowiedzi wykorzystała akurat słowo „adidasy”, który to wyraz nie jest jakoś szczególnie często przez nas używany. Niezbadane są tory, którymi podążają myśli dwulatków!

Ewa póki co pozostaje więc postacią nieszkodliwą, wybryk z adidasami jest jak na razie najpoważniejszym, choć – na szczęście – również niewidocznym. Ale nie jest przecież powiedziane, że tak zostanie na zawsze, Ewa może równie dobrze przejść w najbliższym czasie jakaś ewolucję lub, co gorsza, rewolucję, której skutki są dziś trudne do przewidzenia. Nikt nie wie, co przyniesie przyszłość… Nie dalej jak kilka dni temu przyłapałam swoją najmłodszą córkę na wykorzystywaniu Ewy do swoich niecnych celów. Zosia siedziała na podłodze i jadła ciastka, których ostatnie sztuki udało jej się dorwać i schować przed siostrami. Podeszła do niej Ania i zapytała ją, czy podzieli się z nią ciastkami. W odpowiedzi Zosia z przejęciem pokręciła przecząco głową i dla wzmocnienia przekazu podparła się autorytetem Ewy:

– Nie, ty nie możesz jeść ciastek, Ewa powiedziała, że są za twarde!

 

*Przy pisaniu tekstu wykorzystałam “typologię” niewidzialnych przyjaciół opisaną tutaj

 

 

 

 

Wpisy, które mogą Cię zainteresować:

Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedinmail