Moje dzieci chodzą do szkoły muzycznej: wyobrażenia vs rzeczywistość

W Stanach od dawna funkcjonuje termin soccer mum, którym określa się mamy z przedmieść, spędzające wiekszość dnia na przewożeniu swoich dzieci z jednych zajęć dodatkowych na drugie. Tak sobie myślę, że od czterech lat ja i Ukochany Mąż możemy o sobie mówić musical parents, bo nasz tzw. czas wolny w ciągu roku szkolnego wiąże się ściśle ze szkołą muzyczna, do której chodzą trzy z naszych czterech córek. I nie chodzi tu tylko o logistykę, choć o niej będzie sporo w tym wpisie.

Nasza przygoda z pobliską szkołą muzyczną zaczęła się w 2012 roku, kiedy Ania i Zuza zaczęły naukę gry na wiolonczeli i skrzypcach. Dwa lata później dołączyła do nich sześcioletnia wówczas Ala – obecnie początkująca pianistka. Status quo na dziś: mamy w domu troje grających dzieci, z czego dwoje uczy się w cyklu szcześcioletnim, jedno w czteroletnim (zaczyna właśnie ostatni rok nauki).
Ja sprzed naszej domowej “epoki muzycznej” nie bardzo miałam pojęcie, jak wygląda nauka w szkole muzycznej, jak to zagadnienie ugryźć i czym się toto je. Nie miałam pojęcia, co oznacza dla rodzica posiadanie dziecka uczącego się w szkole muzycznej. A jeśli tych dzieci jest więcej niż jedno – to naprawdę ciężko się na cokolwiek przygotować czy coś z góry zaplanować. Trzeba było zawierzyć odwiecznemu pocieszeniu, które serwuję sobie przy podobnych okazjach: jakoś to będzie!


Moje wyobrażenia o nauce dzieci w szkole muzycznej:

  • dziewczyny są muzykalne, lubią spiewać, chcą grać, a więc gra na instrumencie to będzie dla nich jedna wielka przyjemnność. Dla mnie i Ukochanego Męża też. Będą tak sobie grać, my będziemy słuchać… A jak fajnie będzie w święta!
  • nauka w szkole muzycznej to nauka gry na instrumencie. Jeszcze nauka nut, gam, tonacji, etc. I to chyba wszystko, prawda?
  • trzeba już zacząć składać kasę na instrumenty
  • dojazdy… niby szkoła nie jest daleko, ale dowieźć dzieci trzeba. Czy damy radę to wszystko ogarnąć?

Jak widać, nie wyobrażałam sobie zbyt wiele. Rzeczywistość okazała się dużo bogatsza:

  • moje dziewczyny grają. Codziennie. Na szczęście grają, bo chcą grać i daje im to sporo satysfakcji. No dobra, grają też trochę, bo muszą. Bywa, że graja coś wszystkie razem. A bywa i tak, że kłócą się o to, która ma teraz grać na pianinie (choć teoretycznie na pianinie gra tylko Ala). Bywa głośno. Bywa, że grają utwory, których nie cierpię, i zamiast energicznego czardasza muszę miesiącami słuchać smętnego koncertu, od którego zbiera mi się na płacz. W każdym razie: dobrze, że nie mieszkamy już w bloku…
  • ilość kursów do/ze szkoły jest męcząca, nie oszukujmy się. Czasem czujemy się z Ukochanym Mężem jak taksiarze, kiedy po raz trzeci tego samego dnia jedziemy po dzieci/z dziećmi do szkoły. To jest według mnie największe obciążenie rodzica dziecka uczącego sie w szkole muzycznej. Polecam kombinacje wespół z innymi rodzicami typu: “ja zabieram twojego Maksa we wtorki, a ty moją Alę w środy”. Trochę pomaga.
  • oprócz lekcji gry na gitarze czy flecie, a także lekcji kształcenia słuchu, dzieci mają też zajęcia pt: audycje muzyczne, rytmika, chór, orkiestra szkolna (w zależności od cyklu nauczania i instrumentu). Jest tego sporo – i w zależności od układu zajęć dziecko może bywać w szkole 2 razy w tygodniu lub prawie codziennie. Do tego dochodzą ukochane przeze mnie okresy egzaminacyjno-konkursowe (grudzień/styczeń oraz maj/czerwiec). Oprócz normalnych zajęć pojawiają się wtedy próby: zespołu, indywidualne, z akompaniamentem, bez, w szkole, gdzie odbywa się konkurs… Jeśli rodzice młodego skrzypka czy wiolonczelistki pracują i nie mają pomocy w postaci mobilnej babci lub dziadka – to nie ma rady, trzeba odżałować kilka dni urlopu i przeznaczyć je na zmagania egzaminacyjno-konkursowe naszych dzieci.
  • z młodszym dzieckiem lepiej “pograć” niż liczyć na to, że samo poćwiczy to, co trzeba i jak trzeba. Kiedy naukę gry na instrumencie zaczyna 6-, 7- czy nawet 8-latek – warto choć raz w tygodniu być na lekcji z dzieckiem, aby potem w domu wiedzieć, jak dziecko ma grać, czy powinno poćwiczyć wolniej czy szybciej, całe utwory czy fragmenty. W domu nie ma niestety nauczyciela, za to jesteśmy my i w teorii powinniśmy dziecku pomóc (choć czasem się nie chce, przyznaję się bez bicia).
  • z czasem nauczyłam się, że w zajęcia dzieci w szkole idealnie wkomponowują się nastepujące czynności: szybka przebieżka lub spacer; zakupy; fryzjer; lektura (na szczęście nie potrzebuję fotela, koca i kubka herbaty, aby poczytać); plotki z inną mamą na szkolnym korytarzu (wersja zimowa) lub na ławce przed szkołą (wersja letnia).
  • wydatki związane ze szkołą nie są aż tak straszne, jak myślałam, ale są. My wypożyczamy skrzypce ze szkoły, ale wiolonczelę i pianino musieliśmy już kupić. Plus książki, stroje (wprost kocham konkursy tematyczne…), no i raz jeszcze: paliwo,

Ze szkołą muzyczna dzieci da się żyć. Nawet jeśli sie pracuje i nawet jeśli dzieci maja lekcje ułożone według różnych skomplikowanych grafików. Rzecz jasna – jest to życie bardzo zorganizowane. Choć oficjalnie do szkoły uczęszczają Ania, Zuza i Ala, to w pewnym sensie chodzimy tam również i ja, i Ukochany Mąż. Zosia wciąż jeszcze ma status wolnego słuchacza.

W moim odczuciu szkoła muzyczna daje moim dzieciom – a także i mi, jako ich rodzicowi – coś, czego mi tak często brakuje w naszym systemie edukacji: indywidualne podejście do dziecka. Ja wiem, że trudno porównywać szkołę muzyczną do tej “zwykłej”, bo to dwie całkiem różne sprawy. Ale nawet w szkołach muzycznych z tego, co wiem, nieczęsto zdarza się, żeby nauczyciel organizował dla dziecka dodatkowe lekcje (bo egzamin lub konkurs za pasem/bo dziecko potrzebuje nadrobić nieobecności); szukał utworów, zmieniał program uwzględniając umiejętności, predyspozycje i temperament dziecka; zapraszał na lekcję lub próby do własnego domu (kiedy szkoła  jest zamknięta); zapraszał uczniów i ich rodziny na grilla na zakończenie roku szkolnego, a także organizował lekcje w czasie wakacji, aby – tu cytat – “przegonić pająki ze skrzypiec”. We wszystkich tych przypadkach nauczyciel poświęca swój wolny czas uczniom, poświęca go regularnie i w bezpretensjonalny sposób, bez biadolenia i jojczenia. I jak tu nie być pod wrażeniem?

W kontekście różnych wzruszeń, których dostarczają mi występy muzyczne moich dzieci, ich pracowitość i rosnące umiejetności, a także niecodzienna postawa nauczycieli – logistyczne problemy dnia codziennego stają się dość błahe i schodzą na dalszy plan. To wszystko sprawia, że z dużym optymizmem patrzę w niedaleką wrześniową przyszłość, kiedy będę siedziała nad czystą kartką i przepisywała z różnych karteczek grafik zajęć moich trzech dziewcząt na rok 2016/17.
Nasz zeszłoroczny grafik. Powyżej: fragment ogłoszenia dotyczącego mojego ulubionego okresu egzaminacyjno-konkursowego z czerwca 2016

.

Wpisy, które mogą Cię zainteresować:

Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedinmail