Meet-up & shopping. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie

Nie jestem blogerem książkowym, więc o Międzynarodowych Targach Książki pewnie bym nie napisała, gdyby nie fakt, że ostatni raz uczestniczyłam w tej imprezie wieki temu. Targi zaczynały wówczas swoją działalność i hale wystawowe znajdowały się w Krakowie przy ul. Zapolskiej. Ciekawe, czy ktoś jeszcze oprócz mnie pamięta te zamierzchłe czasy… Mam nadzieję, że tak, i mam również nadzieję, że kilka osób, z którymi wówczas byłam na targach, czyta właśnie te słowa i wspomina stare dzieje, uśmiechając się z nostalgią. Wówczas obejście całych Targów i zebranie gadżetów w postaci długopisów czy zakładek do książek zajmowało maksymalnie godzinę, a dziś? Dziś było inaczej. Tak bardzo inaczej, że postanowiłam to opisać.

W okolicach godziny 10 wyruszyliśmy z naszej wsi w okolice Elektrociepłowni Kraków; to właśnie tam, w halach Kraków EXPO odbywają się Targi. Wyruszyliśmy w nieco okrojonym składzie, który obejmował mnie i Ukochanego Męża + starsze córki; młodsze zostały pod opieką Teściów. Nikogo chyba nie zaskoczę jeśli powiem, że to ja namówiłam rodzinę do spędzenia części soboty na Targach. No, ale jak tu nie iść na imprezę, na której ma się pojawić Zygmunt Miłoszewski, i to nie sam, lecz ze swoją najnowszą książką? Ulubiony pisarz z przedpremierową powieścią: taka gratka nie zdarza się często.

Plan był taki: idziemy w kilka upatrzonych miejsc, kupujemy to i owo, oglądamy tego i owego/tą czy ową, po czym elegancko i szybko się zmywamy do domciu, zanim w hali pojawią się prawdziwe tłumy. “Szybko” miało tu być słowem kluczowym. Plany te okazały się być całkowicie oderwane od rzeczywistości: o słowie „szybko” w odniesieniu do Tragów Książki można było zapomnieć już na wysokości budynków TV Kraków. Korek. Policja kierowała ruchem, trzy pasy jezdni były zapchane, a dodatkowo od pobliskiego centrum handlowego M1 waliły tłumy ludzi. Też na Targi. Nie zanosiło się na to, żeby dało się uniknąć tłumów nawet odwiedzając Targi w okolicach dziesiątej rano.

Na szczęście w miarę sprawnie udało nam się zaparkować samochód niedaleko siedziby instytucji skompromitowanej w oczach większości krakowian, czyli ZIKIT-u. Nie wiem, czy to przypadek, czy nie – ale otoczenie siedziby ZIKIT-u w przeważającej części stanowiły zaparkowane gdzie się da samochody, pooddzielane od siebie małymi błotnistymi rzeczkami, w które po ostatnich deszczach zmieniły się jezdnie. Nie zniechęceni tym ponurym entourage’m dotarliśmy do regularnego chodnika zachowując w miarę suche obuwie, i szybkim krokiem (bo zimno i pada) przeszliśmy w okolice wejścia do hal EXPO. I tu niemiła niespodzianka: jeśli ktoś, tak jak ja, myślał, że kupno wejściówek przez internet zaoszczędzi mu czasu i stania w kolejce do wejścia – to się grubo pomylił. Swoje 20-30 minut trzeba było odstać. Co więcej, nasza kolejka, czyli kolejka osób z internetowymi ekobiletami była znacznie dłuższa niż kolejka osób, które bilety kupowały przy wejściu. Ale cóż począć, bilety kupione – więc staliśmy. Mniej więcej o 11.30 weszliśmy. Moje czujne oczy od razu na wejściu wyłowiły wielki napis „Wiedeń” nad jedną z sal, i długą kolejkę stojącą przed tą właśnie salą. Zerknęłam na ściągę stanowiącą podstawę mojego targowego know-how i z ulgą stwierdziłam, że w sali “Wiedeń A” odbywa się spotkanie z Ericem-Emmanuelem Schmittem, natomiast interesujące mnie spotkanie z Zygmuntem Miłoszewskim jest w sali “Wiedeń B”, przed którą kolejki nie widziałam. To, że jej nie widziałam nie oznaczało jednak, że jej nie było. Już przed samymi drzwiami do sali “Wiedeń B” uprzejmy pan ochroniarz poinformował mnie, że „jest godzinka czekania”. Godzina? Godzina to luzik, proszę pana, odstałam już mniej więcej tyle samo w korku i kolejce do wejścia, więc ta kolejna godzina, w trakcie której będę znajdować się odległości kilku zaledwie metrów od ulubionego pisarza to naprawdę nic!

Ukochany Mąż widząc, że powoli zaczynam się zmieniać w niemyślącą racjonalnie fankę, postanowił zabrać Zuzę na poszukiwanie dra Andrzeja Kruszewicza i Agnieszki Stelmaszyk, podczas gdy ja z Anią miałyśmy w tym czasie tkwić w kolejce do Miłoszewskiego. Tak więc rozdzieliśmy się, oni ruszyli w tłum, a my do kolejki, która wiła się trochę jak sznureczek ludzi oczekujących na odprawę na lotnisku. Tu jednak było znacznie sympatyczniej, ech, oby zawsze tak właśnie wyglądało stanie w kolejkach…

Podczas tej godziny stania sporo się działo: Ania pytała mnie, czy się denerwuję („Ja? ależ skąd! Niby czym mam się denerwować?”), wpadli nas też odwiedzić znajomi, którzy już targi obeszli i wracali do domu; trochę podsłuchałam rozmów współkolejkowiczów na temat ich planów targowych („Potem idziemy szukać Mroza!”). Odkryłam też niestety, że zepsuł mi się aparat fotograficzny. W praktyce oznaczało to, iż podczas spotkania z Zygmuntem Miłoszewskim będę mieć do dyspozycji tylko aparat w komórce, który nie jest bynajmniej żyletą o mocy kilkunastu megapikseli, a jakimś dziadem z pięcioma nędznymi megapikselami. No, ale cóż było robić, kolejka przede mną zmniejszyła się znacznie, zaraz miałam usiąść naprzeciw pisarza… Udzieliłam więc Ani ostatnich fotograficznych instrukcji:

– Dobra, rób zdjęcia aparatem, może coś wyjdzie… Jak ci odpadnie ten przycisk, to weź szybko komórkę, może zdążysz

I już nadchodzi moja kolej; rzucam siatę z kurtką, książkami do podpisów i mineralką na podłogę i siadam naprzeciw pisarza. Oto w miarę dokładny zapis mojej „rozmowy” z Zygmuntem Miłoszewskim:

Ja  – Dzień dobry

Z.M – Dzień dobry. O, widzę, że ma pani aż trzy egzemplarze, komu zadedykować?

Ja – Pierwsza będzie dla Agnieszki. A czy można spytać, czemu numeruje pan książki?

Z.M. – Ponieważ to pierwsze egzemplarze w sprzedaży, pomyślałem, że dziś będę je numerować, taka specjalna okazja.

Ja – Serio? Ale fajnie, to trochę tak, jak butelki wina numerowane… – równoczesnie w myślach zastanawiam się, czy nie palnęłam jakiejś głupoty

Z.M.- Haha, no racja, coś w tym rodzaju

(dzwoni telefon Z.M. – tzn. wibruje – ale pisarz szybko go wyłącza)

Ja – Kolejna dedykacja jest dla Patrycji, to znaczy dla mnie.

Z.M. – Proszę bardzo, pani Patrycjo!

Coś tam jeszcze przebąknęłam podczas podpisywania ostatniej książki, ale cały czas miałam w pamięci mój tekst o numerowanych butelkach wina, więc nie opuszczało mnie wrażenie, że się nieco zbłaźniłam. Zebrałam książki, klamoty i wyszłyśmy z Anią w tłum przewalający się za drzwiami sali “Wiedeń B”.  Niby nic wielkiego się nie wydarzyło, ale emocje były! I już wiem na pewno, że do tej konkretnej powieści Miłoszewskiego będę mieć stosunek wyjątkowy, w końcu nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek trafi mi się okazja czytania jego książki o numerze 133.

Ale dość już o Miłoszewskim, bo choć trudno w to uwierzyć – na Targach odwiedziliśmy jeszcze stoiska  innych pisarzy. Był Vincent Severski, Jerzy Bralczyk, Mariusz Szczygieł, Katarzyna Grochola, Wojciech Widłak, Agnieszka Stelmaszyk. Nawet Domisie były. Ukochany Mąż obkupił się w nieczytane dotąd pozycje Mariusza Wollnego, oczywiście wszystkie opatrzone obowiązkowym autografem. Był też Wojciech Cejrowski, nad którego głową przypadkowo uwieczniłam malowniczą konstrukcję z kabli i przedłużaczy, choć w kolejce po autograf do niego akurat nie stałam. Przemiłe wrażenie zrobił na nas dr Andrzej Kruszewicz, który podpisał dwie nasze książki, w dodatku w każdej dedykacji uwzględnił całą naszą sześcioosobową rodzinę, a nawet – narysował ptaszki.

Pamiętam, jak miesiąc czy dwa temu moja najstarsza córka Ania chciała wybrać się na tzw. meet-up z jutuberami, który odbywał się w krakowskiej Tauron Arenie. Rozważałam nawet wyrażenie zgody, ale ostatecznie uznałam, że będą tłumy, hałas, kupa ludzi stojących w kolejkach do jakichś bliżej mi nieznanych celebrytów… Nie, zdecydowanie uczestnictwo w takiej imprezie nie było dobrym pomysłem, i Ania nie pojechała. Po dzisiejszej wizycie na targach pomyślałam, że zamiast tamtego meet-upu zafundowałam jej meet-up z pisarzami, w dodatku połączony z książkowym shoppingiem. Wszystko to w znacznie większym tłumie i ścisku, niż w przypadku jutuberów. Ale co tam, ostatecznie dziecko nie jest już kwękającym niezrozumiale oseskiem i może samo przepychać się dzielnie w tłumie, a nawet stać w kolejce po autograf Zuzanny Bijoch. Swoją drogą, Zuzanna Bijoch (supermodelka) ku mojemu zdumieniu okazała się być również świeżo upieczoną autorką książki, i kolejka do niej ustawiła się nie mniejsza, niż na przykład do Jerzego Bralczyka.

Tłumy tłumami, kolejki kolejkami, ale przy okazji odwiedzin na Targach można wyraźnie poczuć cały ten przyjemny zgiełk, ściągający ludzi czytających książki: tłumy stojące w kolejkach do ulubionych pisarzy, malownicze stosy powieści i komiksów, tłumnie oblegane spotkania autorskie, dedykacje, rozmowy kolejkowe, przypadkowe spotkania ze znajomymi podczas przeciskania się między stoiskami. Można narzekać na tłumy i duchotę na targach, ale cały ten zgiełk jest w gruncie rzeczy przyjemny. Czy wybiorę się na przyszłoroczne targi? Nie wiem. Jeśli przyciągnie mnie magnes w postaci kogoś na miarę Zygmunta Miłoszewskiego, to pewnie tak, ale jeśli tego magnesu zabraknie – to sama nie wiem. Tłum i ścisk jest jednak zniechęcający, a zapewne nie będę miała możliwości wybrania się na targi poza weekendem. Inna sprawa, że w weekend organizatorzy zawsze serwują największe atrakcje, więc jest to czas na zwiedzanie najgorszy i najlepszy zarazem. Jeśli chodzi o „opłacalność” targowych zakupów, to też wygląda to średnio, na wielkie rabaty nie ma co liczyć. Ale za to Targi dają nam niepowtarzalną okazję kupna książki praktycznie bezpośrednio od samego autora, a to przecież zupełnie coś innego, niż złożenie zamówienia w księgarni internetowej.

Wyszliśmy więc z Targów lżejsi o kilka stówek, ale za to z ciężkimi siatami, mijając się w zatłoczonym wyjściu z Katarzyną Bondą. No, taki shopping to ja rozumiem!

 

Poniżej zdjęcia z naszej sobotniej wizyty na targach. Jakość średnia, rozmiary różne, bo to kompilacja z trzech telefonów komórkowych, ale i tak się ciesze, że choć kilka zdjęć udało się zrobić:

 

“Lotniskowa” kolejka do Zygmunta Miłoszewskiego:

Zygmunt Miłoszewski z autorką niniejszego tekstu:

Wszechobecne tłumy:

Kłębowisko kabli nad Wojciechem Cejrowskim:

Zuzia z Agnieszką Stelmaszyk, autorką świetnej serii “Kroniki archeo”:

Dr Andrzej Kruszewicz w trakcie składania autografu:

“Jak zawsze”. Egzemplarz nr 133. A może 135?

Wpisy, które mogą Cię zainteresować:

Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedinmail