Mam dość edukacji domowej

Listopad 2017. Jest to kolejny listopad w moim życiu, kiedy mam już dość. Listopad sam w sobie jest dość ohydnym miesiącem, w dodatku znajduje się już w pewnym oddaleniu od września, a do lata czy choćby świątecznych ferii w grudniu jest jeszcze daleko. I znów w listopadzie nie wyrabiam i przełączam się na tryb „oby do świąt”. Jak kania dżdżu łaknę urlopu od wszystkiego: pragnę nicnierobienia, niechodzenia na wywiadówki, niepowtarzania z dziećmi przed sprawdzianami, niechodzenia na audycje, niepilnowania tego czy tamtego. Mam dość logowania się do dziennika elektronicznego; dość słuchania narzekań córek, że znów 3 sprawdziany w tym tygodniu; uszami wychodzą mi egzaminy i konkursy w szkole muzycznej. Mam też serdecznie dość słuchania na zebraniach w gimnazjum, że wyniki próbnych testów obecnych klas trzecich okazały się być tak złe, jak nigdy dotąd, że dzieci się nie uczą, że leniwe, że trzeba przycisnąć, bo egzaminy tuż-tuż. Stres, presja i harówa. Tak, dobrze zgadujecie. Przyczyną większości moich listopadowych frustracji są szkoły moich dzieci.

Nie jestem w tych moich frustracjach osamotniona, niestety lub stety. Podobnie jak ja ma chyba obecnie większość rodziców dzieci w wieku szkolnym – przynajmniej takie wrażenie odnoszę, słuchając radia czy czytając teksty poświęcone oświacie. Niedawno Rzecznik Praw Dziecka interweniował u minister edukacji w sprawie nadmiaru prac domowych zadawanych uczniom (przede wszytkim chodziło tu o siódmoklasistów). Dobrze, że rzecznik zwrócił uwagę ministerstwa na duże obciążanie uczniów obowiązkami edukacyjnymi, pytanie, czy coś się w tej kwestii zmieni. Zresztą – zadania domowe to tylko jeden z kilku tematów pojawiających się w dyskusjach o szkole; kolejnymi i równie ważnymi są  przepełnienie w polskich podstawówkach i przeładowanie programów szkolnych.

Ciężko znaleźć kogoś, kto się z tymi tematami gdzieś ostatnio nie zetknął i nie wypowiedział, bo przez nasz kraj przetacza się właśnie kolejna wielka dyskusja na temat edukacji. Sprawy związane ze szkolnictwem goszczą na pierwszych stronach gazet, są obecne w radiu, w mediach społecznościowych. W licznych publicznych wypowiedziach wkurzonych i zmęczonych rodziców odnajduję i swoje własne frustracje. Mój sprzeciw budzą sytuacje, które wymienia wiele osób i które niestety są i naszym udziałem. Moja Ala, dziewięciolatka chodząca do IV klasy, praktycznie codziennie odrabia po szkole zadania z co najmniej 3 przedmiotów, w tym np. po całej stronie ćwiczeń z matematyki lub angielskiego. Do tego dorzućmy jeszcze powtarzanie materiału przed kartkówką czy sprawdzianem, wkucie nowych słówek z języka angielskiego i czytanie lektury. Ach, no i przecież! Zapomniałabym, że moja Ala jest jeszcze uczennicą szkoły muzycznej, i tu też nie ma zmiłuj. Godzina ćwiczeń gry na instrumencie dziennie to powyżej czwartej klasy konieczność, proszę pani, a nie jakaś fanaberia nauczyciela nastawionego na wygrywanie konkursów!

O Zuzce, która miała to wątpliwe szczęście załapać się do pierwszego rocznika siódmoklasistów, nawet nie będę wspominać. Siódmoklasiści – często zwani bez ogródek „ofiarami reformy” – gonią z materiałem, w dodatku do szóstej klasy realizowali zupełnie inny program nauczania i to, czego uczą się od września tego roku, nie zawsze jest logiczną kontynuacją materiału z roku poprzedniego (np. historia). Zuza siedzi nad zadaniami jeszcze dłużej niż Ala, a w szkole spędza średnio godzinę więcej niż jej młodsza siostra.

Najbardziej frustrują mnie sytuacje, kiedy któraś z moich córek odrabia zadanie domowe, które teoretycznie powinno utrwalać wiedzę zdobytą na lekcji. Bardzo często okazuje się jednak, że na razie nie ma czego utrwalać i aby Ala czy Zuza mogły poprawnie zrobić zestaw ćwiczeń z dzielenia pisemnego czy przeliczania gramatur – najpierw ktoś musi im wytłumaczyć, jak się do tego zabrać. Dawniej bywało, że w takich sytuacjach martwiłam się, że moje dziecko nie daje rady, że nie potrafi przyswoić sobie materiału, z którym inne dzieci nie mają problemu… Myślałam, że moje dzieci są po prostu mniej pojętne, mniej zdolne niż reszta. Jednak wystarczyło kilka rozmów ze znajomymi i okazało się, że pomaganie dzieciom w przyswojeniu materiału ze szkoły to norma, a nie wyjątek. Wyjątkami są raczej sytuacje, gdy dziecko obywa się bez jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz i jeszcze ma rok w rok średnią 6,0 oraz liczne wygrane olimpiady na koncie.

Często to nawet sami nauczyciele sugerują, żeby coś tam z dzieckiem poćwiczyć, może nawet zorganizować jakąś dodatkową pomoc. Nikt się takiemu stanowi rzeczy nie dziwi, ale czy słusznie? Czy tak naprawdę powinno być? Czy dzieci powinny wracać do domu po 5-6 godzinach spędzonych w szkole i jeszcze kolejne kilka godzin maglować materiał z lekcji, w dodatku wspierane przez rodzica-korepetytora, przy aktywnej zachęcie ze strony szkoły? Coś chyba nie gra w tym układzie tak, jak powinno. Ostatnio wychowawczyni klasy jednej z moich córek przesłała rodzicom przez dziennik elektroniczny przypomnienie, że w czwartek dzieci piszą ważny sprawdzian i jest prośba o dopilnowanie, aby się pouczyły i powtórzyły materiał. Zdarzają się też wiadomości z przypomnieniami, żeby dzieci przeczytały lekturę czy pouczyły się słówek do testu z języka obcego. Zaznaczam, że nie mówię tu o pierwszych klasach podstawówki, gdzie podobne sytuacje ostatecznie mogłyby jeszcze mieć rację bytu. Wiem, że teraz zabrzmię jak typowa stara baba gloryfikująca czasy swej odległej młodości, ale jakoś nie przypominam sobie, aby w minionym stuleciu nauczyciele pisali mi w dzienniczku podobne wiadomości skierowane do rodziców…  A dziś? Dziś to norma. Przed presją pilnowania, sprawdzania i doglądania uczącego się dziecka żaden rodzic nie ucieknie. Powoli, lecz nieubłaganie dom staje się filią szkoły.

Przyznaję, że w tym całym pędzie i natłoku zadań do odfajkowania coraz częściej czuję się jak rodzic, opętany manią zajęć dodatkowych, w dzikim pędzie goniący własne wyczerpane dzieci z pianina na tańce, a z tańców na niemiecki. W rzeczywistości bardzo często nachodzą mnie wątpliwości, czy moje dzieci nie są przeciążone, czy nie sensowniej byłoby darować sobie tę szkołę muzyczną… Zastanawiam się, czy to wszystko nas wszystkich nie przerasta, czy to nie za duże obciążenie, czy kiedyś podjęte decyzje nie okazują się po kilku latach wielkimi błędami i mam wątpliwości. Moje córki również miewają podobne kryzysy dość regularnie, i temat rezygnacji z nauki w szkole muzycznej powraca jak bumerang co jakiś czas. Zastanawiam się, czy za kilka lat moje przemęczone dzieci nie będą szukać rady w gabinetach psychoterapeutów, bo rodzice z przerostem ambicji zrujnowali im dzieciństwo. I kiedy nachodzą mnie takie myśli, to zaraz uświadamiam sobie, że moje córki nie mają stu zajęć dodatkowych – tylko w zasadzie jeden rodzaj. Plus od czasu do czasu basen, choć Ala mocno namawia nas, aby zapisać ją na jazdę konną. Wzbraniam się przed tym mocno, mając jeszcze w pamięci ostatni rok, kiedy Ania, moja najstarsza córka, dokonywała cudów ekwilibrystyki łącząc gimnazjum, szkołę muzyczną i dodatkowy język angielski. Był to zestaw morderczy. Marnym pocieszeniem jest fakt, że wszystkie zajęcia dodatkowe były jak najbardziej jej własnym życzeniem i koniec końców – dawały jej sporo radości i satysfakcji. Niemniej jednak wszyscy odetchnęliśmy z ulgą, kiedy w tym roku Ania skończyła szkołę muzyczną i na placu boju został tylko dodatkowy angielski.

Czy receptą na przemęczenie dzieci jest rezygnacja z zajęć dodatkowych? Pewnie tak – gdybyśmy zrezygnowali ze szkoły muzycznej,  nagle uwolniłoby się ładnych parę godzin z popołudniowego grafiku. Tylko czy tak powinno być, czy powinno się rezygnować z czegoś dodatkowego tylko dlatego, że odrabianie zadań i przygotowywanie się do klasówek zajmuje bardzo dużo czasu? Może wprowadźmy zakazy zajęć popołudniowych dla przeładowanych pracami domowymi uczniów, wtedy zniknie problem zmęczenia dzieci – czyż nie?

Edukacja domowa w znaczeniu, o którym piszę w tym tekście – to tak naprawdę nie alternatywa dla tradycyjnej nauki w szkołach, to nie rezygnacja z nauki w szkole tradycyjnej i zamiast tego uczenie dzieci w domu. Edukacja domowa w moim rozumieniu to codzienność większości rodzin, w których dzieci uczęszczają do szkół. Jeśli wydaje Ci się, że Ciebie ten problem nie dotyczy, zastanów się, czy zdarzyło Ci się tłumaczyć coś swojemu dziecku, pomagać mu w rozwiązywaniu zadania, przygotowywać materiały na lekcję czy płacić za korepetycje. To wszystko są dla mnie formy edukacji domowej, które tak mocno wpisały się naszą codzienność, że stały się przezroczyste i ich nawet czasem nie dostrzegamy. Po prostu są. Po prostu jest, jak jest. Może czasem ktoś się zdziwi, gdy usłyszy, że dzieci w podstawówce korzystają z korepetycji, ale w przypadku licealistów to już w zasadzie standard. Nikogo nie dziwią kursy przygotowawcze, na które dzieci zapisuje się w klasach maturalnych, aby zwiększyć szanse na dobry wynik na egzaminie. Szkoła jest w tak funkcjonującym systemie edukacji powszechnej jest jednym z elementów. Ważnym, ale nie jedynym. Towarzyszy jej potężny aparat wspomagający w postaci korepetycji, kursów, repetytoriów, opracowań, portali w stylu brainly.pl czy kanałów edukacyjnych na YouTube. No i rodziców.

Dobra, bo się rozpisałam, a byłaby już pora choć zbliżyć się do jakichś wniosków, bo cały czas mam nadzieję, że coś więcej oprócz jojczenia sfrustrowanego rodzica w tym tekście zawrę.

Moje zmagania ze szkolnymi frustracjami jak dotąd pomogły mi zweryfikować spojrzenie na kilka spraw i mają pewne skutki uboczne. Po pierwsze – nawet jeśli kiedykolwiek miałam coś takiego, co można określić jako wyśrubowane wymagania wobec postępów szkolnych moich dzieci – teraz nie ma po czymś takim śladu. O ile sama przez lata przynosiłam do domu świadectwa z paskiem, to w ogóle nie oczekuję, że moje córki pójdą w ślady pilnej mamusi. Nie zamęczam ich presją paskowej średniej 4,75, choć czasem pokusa była, żeby je pogonić do poprawienia tego czy owego. Teraz uważam, że jeśli jest pasek – to super, wielki sukces. Jeśli nie ma – to mają na koncie inne wielkie sukcesy, no i uczą się równolegle w dwóch szkołach, co samo w sobie jest już sukcesem (przynajmniej w moich oczach). A poza tym: są konkursy z języka angielskiego, czytelniczy, recytatorski, pianistyczny, przesłuchania regionalne CEA, zawody sportowe… Tego wszystkiego na świadectwie często nie widać, a przecież niejednokrotnie za takimi osiągnięciami stoi wysiłek dużo większy niż za wymęczoną piątką z matmy, poprawioną tuż przed ostatecznym wystawieniem ocen. Musiałam jednak trochę zmienić swoje spojrzenie na naukę i system oceniania, bo przez lata przyjęło się u nas przekonanie (które i ja podzielałam), że świadectwo przystrojone w barwy narodowe to najwyższy możliwy laur dla młodego człowieka. Nie ma co ukrywać, jest presja, jest parcie na pasek; czują to i dzieci, i rodzice.

Po drugie: zaczęłam dostrzegać w sobie zdolności, których istnienia nawet nie podejrzewałam. Zawsze byłam słaba z przedmiotów ścisłych, i wydawało mi się, że wytłumaczenie dziecku, o co chodzi w dzieleniu pisemnym czy ułamkach to rzecz zupełnie poza moim zasięgiem. A jednak! Mam pewne sukcesy na tym polu. Już dwóm moim córkom objaśniałam te ekstremalnie trudne tematy i teraz czekam, czy to samo spotka mnie z trzecią. Mam już pewną wprawę, więc jakby co – podejdę do tego odpowiedzialnego zadania już z dużo większym luzem. Chyba dokopałam się do jakichś swoich pokładów belferstwa, które sprawdzają się nawet w przypadku matematyki. Tak się niestety składa, że moje córki nie potrzebują wsparcia z przedmiotów, w których z chęcią i łatwością mogłabym im go udzielić, za to wsparcie z matmy jak dotąd przydaje się regularnie. Wprawdzie moje możliwości wsparcia matematycznego kończą się gdzieś tak w okolicach 7 klasy szkoły podstawowej, ale kto wie, może z czasem zgłębię i temat funkcji, choć szczęśliwie udało mi się zakończyć etap edukacji ogólnokształcącej w stanie kompletnej niewiedzy w tym zakresie.

A po trzecie i ostatnie – to nawet nieco humorystyczny akcent z funkcjami nie jest w stanie zrównoważyć wydźwięku tego wpisu, który przebija z każdego akapitu. Edukacji domowej to ja mam chwilowo po uszy. Z dużym utęsknieniem czekam na święta, wtedy planuję wrzucić na luz, złapać drugi oddech. Jak zwał tak zwał – w każdym razie nie będę interesować się szkołą dzieci przez przynajmniej tydzień. Ale będzie pięknie!

 

zdjęcie: źródło

 

Wpisy, które mogą Cię zainteresować:

Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedinmail