Letnisko

Polszczyzna, jak każdy żywy język, podlega różnego rodzaju modom i trendom. Pojęcia, które są w danym czasie na fali, są wypowiadane, pisane, wałkowane, odmieniane do znudzenia – przynajmniej mojego. Obecnie na topie są na przykład takie słowa jak „inspirować” i „procedować”. Aby była równowaga – podczas gdy jedne słowa święcą językowe triumfy, inne odchodzą w zapomnienie i niebyt. Jednym z takich zapomnianych pojęć jest właśnie letnisko. Matko, kiedy to ja ostatnio użyłam tego słowa? Musiało to być wieki temu, i w dodatku raczej użyłam go w odniesieniu do przeszłości niż teraźniejszości. Nawet z tym tekstem jest tak, że najpierw pojawił się pomysł napisania o miejscu, które bardzo lubię, a potem wygrzebałam gdzieś w zakamarkach mojego wewnętrznego słownika termin, który jak ulał pasuje do dzisiejszego bohatera.

Klasyczne letnisko to miejscowość położona niedaleko dużego miasta, posiadająca walory krajobrazowe, wodę lub góry, generalnie coś, co uprzyjemnia wypoczynek. Miejscowość ładna i przyjemna. W XIX i XX wieku bogate warszawskie mieszczuchy zjeżdżały na lato do miasteczek i wsi położonych nad Świdrem czy Pilicą, do Konstancina, mieszczuchy z Krakowa wybierały się np. do leżącej niedaleko Lanckorony czy właśnie na myślenickie Zarabie, o którym przede wszystkim chcę napisać. Zarabie to właśnie „moje” letnisko. Bywałam tu lata temu z rodzicami jako dziecko, a odkąd mam na Zarabie dosłownie rzut beretem, to w sezonie letnim odwiedzam „moje” letnisko przynajmniej kilka razy w tygodniu.

Letnisko to kawałek wakacji, tyle tylko, że blisko domu. Musi być na tyle blisko, żeby chciało nam się tam wybrać na kilka godzin po pracy, choćby i codziennie, i na tyle daleko od miasta, żeby poczuć się jak na wakacjach. Wybierając się na taki mini-wypad, nie musimy się jakoś specjalnie pakować, spędzać połowy dnia w aucie, rezerwować noclegów.

Porządne letnisko powinno mieć park lub lasek, a w nim – obfitość przeróżnych pojazdów napędzanych siłą mięśni. Zawsze jest tego wszystkiego dużo: rowery, rowerki, rolki, hulajnogi, gokarty, wózki, rolki. A skoro już mowa o rolkach – nie mogę nie wspomnieć o rolkarzach. Kojarzycie panów na rolkach, często bez koszulek, jeśli akurat pogoda na tyle dopisuje? Nie wiem czemu, ale nigdy nie widziałam kobiety w ten sposób szalejącej na rolkach, zawsze byli to panowie. To ci, którzy wykonują różne akrobacje, pełne gracji piruety, jeżdżą do przodu i do tyłu. Ja ich znam i z krakowskich parków (które też są pewną formą letniska dla mieszkańców miast), i z Zarabia. Te pełne gracji piruety, przekładanie nóg, nawet ruchy rąk jakieś takie wyjątkowo płynne… Trochę jakby tańczyli, a nie jechali na rolkach.

Ale oczywiście nie samymi rolkami człowiek żyje. Żadne letnisko nie obejdzie się bez gofrów, zapiekanek, hot-dogów oraz lodów pod postacią świderków, włoskich, kręconych, gałkowych. Przy jednej z takich knajpek oferujących zapiekanki plus lody swój punkt spotkań mają motocykliści. Przyznam, że trochę mnie to środowisko ciekawi i lubię sobie popatrzeć na te wszystkie Kawasaki, Yamahy i Hondy. Minus tych obserwacji jest taki, że potem mam wyrzuty sumienia, porównując swój średnio czysty (w najlepszym razie) samochód z wypielęgnowanymi jednośladami.

W ogóle knajpy na Zarabiu to ciekawy temat. Najbardziej znana i największa jest Banderoza, gdzie w letnie wieczory można potańczyć na świeżym powietrzu, i to przy muzyce granej na żywo (już mniejsza z tym, jaka to muzyka, nie będę się czepiać). Do tego kotlet z kapustą zasmażaną, ziemniaki z koperkiem, coś do popicia, i wbrew temu, co się może wydawać na pierwszy rzut oka – miejsce ma klimat bardzo pozytywny. Ja bardzo lubię Banderozę, choć wiem, że niektórzy z chęcią wysłaliby ten lokal w kosmos. Knajpą nr 2 na mojej liście jest Bufet pod Zielonym Słoniem, gdzie serwują bardzo przyzwoite pierogi (przynajmniej w zeszłym roku tak było, w tym sezonie jeszcze nie jadłam). Kilka lat temu, jeszcze przed ostatnią powodzią, która zniszczyła Zarabie, przy bufecie stała duża woliera z kanarkami i papużkami, a w małym stawie żyły sobie żółwie, i te dwie atrakcje dawniej stanowiły dla dziewczynek żelazny punkt każdej wizyty na Zarabiu. Na szczęście ceny w knajpach na letnisku takim jak Zarabie nie są tak wyśrubowane jak w kurortach, a w dodatku  nie spotkamy tu tego wszystkiego, co rujnuje kieszeń w klasycznej miejscowości wypoczynkowej: stoisk z tak zwanymi pamiątkami, nagabujących nas w celu zrobienia wspólnego zdjęcia sztucznych misiów polarnych, naganiaczy knajpianych. Po o kupować pamiątki z miejsca, gdzie bywamy stosunkowo często i regularnie?

Tym, co szczególnie urzeka w letnisku jest luz. Na wakacjach często towarzyszy nam szpan i spina: chcemy się pokazać na deptaku czy na plaży w nowych ciuchach i z nową muskulaturą (jeśli takowe akurat posiadamy), a czasem po prostu lubimy się poczuć jakoś tak specjalnie, wakacyjnie. Bardzo chcemy, żeby wszystko było super i idealnie, żeby było co fotografować i wspominać, jesteśmy w końcu wiele kilometrów od domu, na wymarzonych wakacjach, a następne dopiero za rok. Wszystko powinno być więc inaczej niż zwykle. A letnisko? Tu chodzi o swobodę, a nie czasochłonne przygotowywanie się do wypoczynku. Wybierając się na krótki wypad na letnisko nie potrzebujemy niczego specjalnego planować i pakować, jesteśmy przecież tak blisko domu. Nie zaplanowaliśmy moczenia się w Rabie, ale dzieciaki wyrywają się do kąpieli? Dobra, ostatecznie mogą połazić w wodzie bez majtek. Nie wzięłyśmy kostiumu kąpielowego? Żaden problem, można przecież zostać w szortach i staniku, nie my pierwsze i nie ostatnie. Dzieci biegają bez majtek, psy zmęczone upałem wylegują się przy kocach i wózkach, ktoś rozpala grilla, ktoś odsypia ciężki dzień w pracy, jakaś para się obściskuje na ławce w parku, a inna karmi kaczki resztkami bułki z hamburgera.

Jest lipcowe popołudnie, środek tygodnia. Upalnie, ale ludzi mało. Przed chwilą skończyłam z dziewczynkami budować mały basen z otoczaków. Basen powstał dla ryb, za którymi uganiają się po śliskich kamieniach moje córki. Przysiadłam na brzegu, mrużę oczy od słońca, słucham szumu rzeki oraz pobliskiej zakopianki. Mam kilkugodzinne prawie wakacje.

PS. Wszystkie zdjęcia zamieszczone w tym wpisie zrobiłam na myślenickim Zarabiu na przestrzeni ostatnich kilku lat.

Wpisy, które mogą Cię zainteresować:

Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedinmail