Hotelarze, hodowcy i ratownicy

Na pomysł z założeniem hotelu wpadła Zuza ostatniego lata. Nie wiem, skąd jej się to wzięło, chyba zobaczyła zdjęcie takiego hotelu w jakiejś gazecie – w każdym razie wierciła mi dziurę w brzuchu przez dobre kilka tygodni, aż w końcu uległam. Jako główny inwestor nie ryzykowałam wiele: zaledwie kilkanaście złotych. Wprawdzie zobaczyłyśmy w TK Maxx’sie wypasione hotele za kilkadziesiąt złotych, ale jako że całe przedsięwzięcie miało być eksperymentem – zdecydowałyśmy się na hotel w wersji economy.
Dotarł do nas pocztą po kilku dniach. Po krótkim poszukiwaniu idealnej lokalizacji, Zuza i Ala umieściły naszą nową inwestycję pod wiatą. Prezentowała się ona całkiem nieźle:

Założenia naszego hotelowego projektu były następujące: hotel będzie służył owadom jako wielofunkcyjne schronienie, niektóre gatunki będą mogły w nim przezimować, inne – złożyć jaja, jeszcze inne – po prostu na chwile przysiąść i np. osuszyć skrzydełka. Fajnie, nie? Właściwie to Ala, Zuza i ja wyobrażałyśmy sobie chyba coś na kształt domku dla różnych żuczków, pszczół i muszek, gdzie będa sobie prowadzić zgodny żywot, a my z kolei będziemy miec radochę z podglądania ich egzystencji. Niestety, rzeczywistość okazała sie dużo mniej atrakcyjna. Obserwowałyśmy nasz hotel uważnie przez kilka dni, niby nic sie nie działo, a jednak… Pierwsze zaczęły znikać bambusowe rureczki umieszczone na “piętrze” hotelu.
– Mamo, znowu coś zabrało kilka rurek! – rozczarowanie Ali było widoczne. Próbowałyśmy ratować nasze “trzy gwiazdki” i uzupełniać braki starymi kawałkami bambusa z podpórki dla jakiejś rośliny. Niestety, okazały się za duże dla naszego hotelu i jak tylko mocniej powiało, same wypadały.
Potem coś zaczęło zamurowywać kolejne “pokoje” na parterze hotelu. Zuza początkowo nawet się ucieszyła, bo myślała, że może z tych zamurowanych dziurek coś się wykluje (np. małe żuczki). I jeśli nawet coś się wykluło, nie dane nam było zostać świadkiem tych wydarzeń: po paru tygodniach w błocie zalepiającym dziurę pojawiły się otworki, i nieznany lokator (może pszczoła murarka?) po prostu się wymeldował. Jedyne, co po nim/niej zostało, to bałagan w postaci resztek błota.
Reasumując – teraz, po prawie roku prowadzenia hotelu, choć nie ogłaszamy upadłości, musimy nasz obiekt solidnie wyremontować, kto wie, może znowu coś tam zamieszka tego lata?

Teraz wygląda niestety tak:

 

 

 

Niezrozumiała dla mnie miłość moich córek do wszelkich żyjątek ma i inne przejawy. Kiedy hotel okazał się niezbyt dynamicznym przedsięwzięciem, przerzuciły się na obserwację kolonii małych niby-pancerników, której obecność odkryły pod odpadającą płytką. Te pancerniki wyglądają nawet dość sympatycznie, i póki co nie sprawiają żadnych kłopotów – nie zamierzam z nimi jakoś specjalnie walczyć. Mam tylko nadzieję, że nie okaże się wkrótce, że roznosza jakieś choroby albo coś niszczą…

 

 

 

 

 

 

 

 

Stonóg murowy lub prosionek szorstki, czyli miniaturowy żywy trylobit

Robaczki póki co żyja sobie spokojnie pod tymi płytkami, nikomu nie przeszkadzając, a dziewczyny tam czasem do nich zaglądają, aby sprawdzić, czy wszystko ok (na razie żyja sobie spokojnie i mają się dobrze).
Kolejnym istotnym przejawem miłości moich córek do braci (naj)mniejszych jest ratowanie dżdżownic, gąsienic, trzmieli, pszczół z przeróżnych opresji. Najczęściej oznacza to wyławianie pszczół z basenu/kałuży oraz usuwanie pełzających stworzeń z jezdni. Muszę przynać, że niektóre ze stworów, które dziewczyny ratują, trochę mnie przerażają. Nigdy nie należałam do osób, które brzydzą się wziąć do ręki dżdżownicę czy ślimaka, ale już urządzanie dla włochatej gąsienicy przytulnego kącika na tarasie mnie przerasta.

Wygodne lokum dla włochatego stwora. Jest nawet kawałek pelargonii na obiad
Zresztą – niektóre z tych ocalonych od przejechania robali to prawdziwe potwory. Jeden okaz przeraził kiedyś podczas spaceru nas wszystkie. No, ale myślę, że nawet Bear Grylls szukający w dżungli łatwoprzyswajalnego białka nie dałby radę przeżuć tej akurat gąsienicy:
Wolę nie wiedzieć, w co przepoczwarza się to monstrum

Na koniec muszę przyznać, że nolens volens – także i ja zostałam hodowcą. Mrówek. Pojawiają sie u nas w domu od kilku lat systematycznie w okolicach marca, żeby zniknąć w czerwcu. Próbowałam już różnych metod pozbycia się tych wszędobylskich robali: od rzucania w całej kuchni skórek po pomarańczach po różne białe proszki – i nic nie działa. Dla świętego spokoju postanowiłam po prostu uznać się za ich hodowcę. Przynajmniej dopóki nie uda mi się znaleźć skutecznej metody ich eksterminacji.

 

Wpisy, które mogą Cię zainteresować:

Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedinmail