Czy duża rodzina może być zero waste?

Pomimo letniego luzu i nastroju wakacyjnego wypoczynku, jakoś często tego lata łapię doła. Nie jest to jednak dół natury ogólnej, a taki mocno specyficzny – bo mający podłoże nieco katastroficzne. Powiedzmy, że oglądam TV, a tam właśnie leci „Błękitna planeta II” i David Attenborough pokazuje, jak zaśmiecone plastikiem są nasze oceany i jak giną młode albatrosy karmione przez rodziców plasitkowymi nakrętkami. Na fejsie co i rusz ktoś publikuje informacje o gigantycznej plamie plastikowych śmieci, która zalega w oceanach, o tym, że teraz plastik jest właściwie obecny we wszystkim, co jemy, także w nas samych, i wszystkich nas truje. Płoną kolejne składowiska śmieci, importowane do Polski przez sprytnych “biznesmenów”. A potem idę z dziećmi na spacer po mojej wsi i widzę w krzakach przy mostku 4 opony, których jeszcze dwa dni temu tu nie było.

Kiedy się te wszystkie rzeczy zbierze do kupy to oprócz przygnebienia pozostaje mieć nadzieję, że trend zero waste z czasem będzie rósł w siłę i nabierze charakteru masowego. Szczerze w to wierzę. A jeszcze kilkanaście miesięcy temu to całe zero waste wydawało mi się kolejną modną fanaberią, wymyslona przez znudzonych hipsterów. Nic bardziej mylnego. To o co chodzi z tym całym zero waste? Jakiś czas temu, kiedy dopiero wgryzałam się w temat i dołączyłam do jednej z fejsbukowych grup związanych z ZW (bo tak się tam często zero waste określa), to często odnosiłam wrażenie, że aby być naprawdę zero waste – trzeba zamienić rzeczy, z których obecnie korzystamy (a które są zupełnie niezgodne z założeniami ruchu), na takie, które są „dobre”.  Na przykład: mamy plastikowe pojemniki na jedzenie (wiadomo, plastik jest zły!) – trzeba koniecznie wymienić je na szklane lub metalowe. Tak samo z butelkami na wodę i bidonami: wywalamy plastiki, inwestujemy w szkło lub metal. Chętnych na wydanie pieniędzy na nowe rzeczy, które są bardziej przyjazne środowisku niż te, które mamy obecnie w domu – jest sporo. Ale często przecież nie potrzebujemy idealnej rzeczy – potrzebujemy jakiejś rzeczy. Dajmy na to, kupię sobie bambusowe sztućce, będę je nosić ze sobą jako taki podręczny zestaw, żeby uniknąć używania plastikowych jednorazówek. Super. Ale równie dobrze (a nawet może i lepiej) mogę przecież wykorzystać rzeczy, które już mam w swym posiadaniu: czyli sztućce i zwykłą serwetkę z materiału. Może nie będą tworzyć zestawu tak ładnego jak ten bambusowy, ale za to nie kosztują nic. Na przykładzie ze sztućcami chcę pokazać, że zero waste nie oznacza dla mnie zamiany jednych rzeczy na inne, choćby i mniej szkodliwe dla środowiska – zero waste rozumiem jako stopniowe ograniczanie konsumpcji w ogóle. Nie jest to proces łatwy, bo mimo wszystko wymaga rezygnacji z pewnych nawyków, przyzwyczajeń, a także wygód. Dlatego też podejrzewam, że zero waste w wersji dla zaawansowanych (czyli np. generowanie małego wiaderka odpadów tygodniowo) jest dla nas na obecnym etapie naszego życia niewyobrażalne. Przy sześcioosobowej rodzinie, której członkami są dwie nastolatki i jedna trzylatka, byłby to naprawdę wyczyn co niemiara. Ale dlaczego nie pokusić się o bycie less waste? Jest to dla mnie opcja znacznie strawniejsza na początek, bo nie wymaga aż tylu poświęceń, a w dodatku pozwala na generowanie pewnych oszczędności i stopniowe wprowadzanie nowych, dobrych nawyków. To ostatnie jest chyba nawet jeszcze ważniejsze niż oszczędności, bo wiadomo, czym skorupka za młodu…

Przynzma, że daleko mi (jeszcze) do bycia naprawdę zero waste i do konsumpcyjnego minimalizmu; nie wiem, czy kiedykowiek mam szansę znaleźć się w takich rejonach… Nie rzucam się na głęboką zerowaste’ową wodę, ale zaczynam od małych zmian, które w dodatku wszystkie jak jeden mąż są korzystne dla naszego domowego budżetu.

Bycie less waste najłatwiej jest zacząć… od wody. Podczas mojego „sprzątania w terenie” to właśnie plastikowe butelki są najczęściej wyrzucanym gdzie popadnie odpadem. Również i u nas w domu, domu rodziny sześcioosobowej, którą w dodatku często odwiedzają goście – plastikowych butelek gromadziło się multum. Kiedy zaczęłam się bardziej interesować kwestią ograniczania śmieci, po prostu wzięłam przykład z mojej najstarszej córki Ani, która już od dawna przedkłada kranówkę nad wodę butelkowaną. W Polsce dość powszechne jest przekonanie, że picie nieprzegotowanej kranówki grozi natychmiastowym zejściem z powodu zatrucia chlorem i bakteriami E.coli. Pewnie jest to jeszcze pokłosie dawnych lat, kiedy faktycznie kranówka żyła swoim odrębnym i bogatym życiem biologicznym, ale dziś jest inaczej. Smak wody, która leci z mojego kranu jest w każdym razie dobry, nie widzę różnicy pomiędzy tym, co mam w kranie, a najpopularniejszymi butelkowanymi wodami źródlanymi, których 1.5 litra kosztuje około 2 złotych. Podkreślam, iż wszyscy pijemy kranówkę już od dawna, pije ją także Zosia, którą to informacją kiedyś zszokowałam jej nianię. Mam nadzieję, że wyznając, iż daję małoletniej do picia kranówkę nie wychodzę na wyrodną eko matkę 😉. W moim odczuciu jest to bardzo sensowne rozwiązanie, pozwalające zaoszczędzić sporo kasy i sporo wysiłku – w końcu dźwiganie ze sklepu zgrzewek wody nie należy do moich ulubionych czynności.

Kolejny krok na mojej drodze do zero waste to uświadomienie sobie bezsensu korzystania z wielu plastikowych rzeczy (najczęściej opakowań) i stopniowa z nich rezygnacja. Do niedawna moja świadomość zagrożenia plastikowymi odpadami była na poziomie mocno przeciętnym. Moja rodzina jest duża i generuje dużo śmieci – kiedy zapomnimy wystawić worki ze śmieciami recyclingowymi przed bramę w dniu zbiórki to wyraźnie widać, ile tych śmieci zalega w garażu po dwóch miesiącach. A jeśli popatrzeć na te worki w skali roku, dwóch lat, trzech, dziesięciu… Oczywiście, mowa tu o odpadach, które i tak powinny zostać przetworzone, ale jak sądzę, pewnie nie wszystkie udaje się poddać ponownej obróbce. Zresztą – fakt, że segregujemy śmieci daje nam złudne poczucie panowania nad sytuacją i bycia eko. No ok, kupuję butelki PET, ale przecież nie rzucam ich byle gdzie, tylko przykładnie umieszczam w żółtym worku na plastiki. Tyle tylko, że ze zużytej butelki PET nie zrobimy kolejnej, co najwyżej wykorzystamy ją do zrobienia czegoś takiego jak opakowanie na rolety (podaję za http://www.dwutygodnik.com/artykul/7875-smiec-numeru-burgasowka.html). Samo segregowanie śmieci nie wystarczy, powinniśmy też mocno ograniczać liczbę opakowań i tam, gdzie to możliwe, wybierać produkty niepakowane lub pakowane w papier czy szkło. Weźmy choćby krojone wędliny czy sery, pakowane w stosunkowo duże plastikowe opakowania. Produkty te są dostepne w prawie wszystkich sieciach handlowych i sama często je kupowałam, aż do chwili, kiedy zobaczyłam, ile się ich nagromadziło w koszu na plastiki. Teraz omijam pakowane sery i wędliny szerokim łukiem, kupuję je w innym sklepie, gdzie można kupić je również pokrojone, ale zapakowane w papier. Poza tym, jeśli tylko mam wybór – kupuję rzeczy w szklanych lub papierowych zamiast plastikowych opakowaniach (np. keczup, musztarda, jogurty, proszki do prania). Nie ma takich opcji bardzo wiele, ale jakieś jednak są, warto pomyśleć o tym podczas zakupów. W ogóle myślę, że dobrze byłoby wiele swoich zakupowych decyzji choć po części uzależniać od szkodliwości opakowań produktów, które wybieramy. Zastanawia mnie, jak wiele osób, które czasem wręcz przesadnie dbają o to, aby to, co jedzą, jakie stosują kosmetyki, nie przejmuje się zupełnie tym, w co te rzeczy są opakowane. Czyli w teorii jestem eko i wybieram tylko organiczne jedzenie, bo przecież jestem tym, co jem – ale równocześnie grzmi mnie, że wypijam tę codzienną organiczną kawę w jednorazowych kubkach, a marchewki i cukinie eko kupuję szczelnie opakowane w foliowe kondomy…

Dobrym krokiem jest wprowadzenie nakazu opłaty za plastikowe siatki, według mnie to samo powinno spotkać tzw. zrywki, czyli przezroczyste siatki foliowe, w które najczęściej pakuje się owoce, warzywa, pieczywo (choć tu kwestie higieniczne na pewno stoją na przeszkodzie). Te nieszczęsne siatki są nam potrzebne przez bardzo krótki czas, może godzinę, a potem dziesięcioleciami zalegają na wysypiskach śmieci lub, co gorsza, gdzie indziej: tam, gdzie wyrzucą je nasze ręce. Nie doszłam jeszcze do etapu posiadania własnych woreczków na zakupy (można je kupić lub zrobić samodzielnie, np. uszyć ze starych firanek czy lnu), ale jeśli tylko mogę, rezygnuję z tych siatek w ogóle lub zabieram ze sobą na zakupy siatki, które juz mam w domu. Czasem moje działania spotykają się ze zdziwieniem. Ostatnio kupowałam w dużym sklepie samoobsługowym kilka pomidorów (były na jednej gałązce) i położyłam je na taśmie przy kasie bez worka. Pani kasjerka popatrzyła na te moje pomidory i spytała: „A co to, nie było woreczków na stoisku z warzywami?”. Odparłam, że owszem, były, ale celowo z nich nie korzystam, bo to tylko mnożenie niepotrzebych śmieci. Może za jakiś czas skombinuję woreczki z materiału, teraz mam wciąż jeszcze sporo foliówek na stanie, więc wykorzystuję to, co już mam w domu.

I tu dochodzimy do kolejnego ważdego puntku w moim podejściu do zerowate: jeśli mam coś, co działa i z czego korzystam (choć ta rzecz nie jest idealna) – to nie zmieniam tego na rzecz nową ani nie kupuję kolejnej rzeczy podobnej do tych, których już kilka mam na stanie. Pokus namawiających na odstępstwa od tej zasady czyha wiele, a jej wprowadzanie w życie dodatkowo utrudniają dzieci. Typowy przykład: chodzimy z Alą po sklepie i nagle słyszę: „Ale śliczny piórnik! Mamo, kupisz?…”. Po krótkiej wymianie zdań okazuje się, że stary piórnik w zasadzie nie jest jeszcze taki stary, trzyma się całkiem nieźle i chyba po prostu się znudził, może trochę przybrudził. W dodatku przypominam sobie, że w szufladzie komody widziałam jeszcze 2 inne piórniki, również nie będące w stanie agonalnym, tak więc z kupnem nowego piórnika Ala jeszcze trochę musi się wstrzymać. Ale żeby nie było, że tylko dzieci tak mają, sama też nie jestem bez winy.. Podczas ostatnich wyprzedaży musiałam się chwilami mocno hamować w swoich zapędach zakupowych, na szczęście udało mi się zakończyć ten sezon bez kolejnych nie wiadomo ilu nowych podkoszulków, spódnic, butów. Kupowałam rzeczy, które albo miały zastąpić stare, już zniszczone, albo takie, których dotąd nie miałam (a uznałam, że by mi sie przydały). W przypadku zakupów z dziećmi bardzo często muszę odpierać argument z pozoru trudny do obalenia: „Ale dlaczego nie chcesz tego kupić, przecież to jest TAKIE TANIE!”. No właśnie. Koszulki za jedyne 9.99, długopis z lamą tylko za 2.59, etui na telefon za 6.99 – i tak dalej. Kuszą te niskie ceny, kuszą! Łatwo ulec pokusie kupna tanich drobiazgów, co wydaje się z pozoru czynnością dość niewinną, dopóki nie uświadomimy sobie, jak krótko cieszymy się tymi rzeczami i jak szybko lądują one w przepastnych szufladach lub szafach naszych domostw i w efekcie zaśmiecają tylko nasze domy. Ja osobiście dzielnie walczę z manią kupowania nowych kubków, choć mam już ich w domu tyle, że niepotrzebne wynoszę do pracy. Niestety, wciąż muszę się pilnować, żeby nie kupować kolejnego kubka (szczególnie podczas wizyt w TK Maxx…), bo właśnie trafiła się niepowtarzalna okazja kupna nowego, takiego ślicznego i taniego.

Powyższą zasadę stosuję w przypadku każdych zakupów, czy chodzi o zimową kurtkę, okulary przeciwsłoneczne czy mikser. Jak dotąd skutecznie opieram się też dość powszechnemu dyktatowi kupna różnych nowych rzeczy, rzekomo mega-ultra-ekstra-przydatnych, szczególnie w przypadku posiadania dużej rodziny, jak choćby mikrofalówka, suszarka do prania, wszystkorobiący robot kuchenny czy samochód typu duży van. Pewnie część z wyżej wymienionych sprzętów przydałaby nam się ze 3-4 razy w roku, ale nie jest to jeszcze dla mnie wystarczający powód do kolejnego zakupu.

Na pewno muszę jeszcze popracować nad niemarnowaniem jedzenia, bo tu mam wciąż jeszcze duże pole do popisu. Nie mam ambicji zostania mistrzem w tej dziedzinie, raczej nie dla mnie robienie chipsów z obierek od ziemniaków i zupy z liści kalafiora. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że na moje rozleniwienie w dziedzinie resztek jedzenia znacząco wpływa fakt posiadania kompostownika i osobnego śmietnika dla odpadów biologicznych, które (taką mam nadzieję) trafiają na wielką górę kompostu. Ale i na tym polu mam swoje małe sukcesy, polegające po prostu na tym, że zaczęłam kupować mniej jedzenia niż kiedyś. Z niektórych rzeczy wręcz zrezygnowałam po przeanalizowaniu swoich błędów zakupowych. I tak na przykład (prawie) całkiem przestałam kupować serki typu twarożek wiejski w plastikowych kubeczkach i serki do smarowania pieczywa. Kupuję może jeden-dwa na kilka tygodni, kiedyś to było kilka na tydzień. Nieszczęsne serki najczęściej, po otwarciu lub nawet przed, zmieniały się w zapomnianą gdzieś w na antypodach lodówki hodowlę pleśni. Jogurtów kupuję też mniej niż dawniej, aby uniknąć konieczności wywalania tych zepsutych, które zapomnieliśmy zjeść. Chleb mrożę, jeśli zanosi się na to, że kupiliśmy za dużo. Zasadę „kupuj mniej” stosuję też wobec owoców i warzyw, bo to one psują się najszybciej, choć w sezonie letnim zdarza mi się niestety przedobrzyć z ilościami. Kiedy widzę, że śliwek, brzoskwiń lub jabłek jest zdecydowanie za dużo i coś ich powoli ubywa, w sukurs przychodzą mi sprawdzone potrawy, pozwalające na szybkie posprzątanie nadmiaru owocowych dóbr (np. ciasto jogurtowe lub racuchy, pisałam o tym tutaj i tutaj).

Jak widać – moja rodzina jest od bycia zero waste oddalona o całe lata świetlne, choć coś tam w tej dziedzinie robimy. Od czegoś trzeba zacząć. Pewnie, łatwo nie jest, wiem, że wciąż generujemy sporo śmieci i nie zanosi się na to, żeby ich ilość spadła do zera w najbliższym czasie. Z tym problemem częściowo radzę sobie sprzątając to, co wyrzucili inni. Nie do końca jest to zero waste, raczej waste cleaning. Pewnie świata w ten sposób nie zbawię, ale zawsze trochę posprzątam i może w ten sposób nieco zrównoważę produkowane przez naszą szóstkę góry śmieci.

 

Zdjęcie: źródło

Wpisy, które mogą Cię zainteresować:

Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedinmail