Bliskie spotkania trzeciego stopnia

W ostatnich dniach jestem skutecznie odciągana od pisania przez egzaminy w szkole muzycznej moich córek, jak również przez Roberta Galbraitha aka J.K. Rowling. Ale właśnie nadarza się idealna okazja na dokończenie kolejnego wpisu w moim małym cyklu przyrodniczym  (spokojny wieczór, młode zajęte swoimi sprawami, najmłodsza – szczęśliwie już śpi, Ukochany Mąż robi wieczorny obchód winorośli), więc grzechem byłoby z niej nie skorzystać.
Niewątpliwym plusem mieszkania poza miastem jest bliskość tzw. łona przyrody. Fajnie jest wybrać się na spacer z rodziną i podziwiać bociany latające nad naszymi głowami, wytropić zaskrońca wylegującego się w trawie czy poobserwować rój pszczół gromadzący się u sąsiada na drzewie. Wszystko to super – ale czasem bliskość przyrody, nawet tej dobrze znanej i okiełznanej, potrafi nas nieźle zaskoczyć.
Kilka tygodni temu pchałam sobie spokojnie wózek ze śpiącą Zosią pod jedną z naszych lokalnych górek. Miałam właśnie zadzwonić do siostry, zatrzymałam się, ustawiłam wózek w poprzek drogi i zaczęłąm grzebać w jego kieszeni w poszukiwaniu telefonu. Kiedy podniosłam wzrok, spojrzałam prosto w oczy dziwnemu ptaszkowi. Dziwnemu nie dlatego, że był różowy albo miał pomalowane pazury, był to najzwyklejszy młody drozd śpiewak (jak się okazało po sprawdzeniu w atlasie ptaków).

Tyle tylko, że drozd – mimo niewielkiej dzielącej nas odległości – nie wyglądał ani na przestraszonego, ani na spłoszonego obecnością moją i wózka. Wręcz przeciwnie – to ja poczułam sie jakoś niewyraźnie pod wpływem jego nieruchomego spojrzenia. Szybko pstryknełam więc ptaszkowi kilka zdjęć i poszłam dalej, czując, jakbym tu komuś bardzo przeszkadzała.

 

 

 

Wracając tą sama trasą po jakichś 20 minutach zauważyłam, że mały drozd nieco zmienił położenie na skarpie, ale wciąż wpatrywał się we mnie tym samym, trochę wrogim spojrzeniem. Dość trudno go było wypatrzyć w zaroślach, co myślę widać na zdjęciu obok, i chyba miałam sporo szczęścia, że udało mi się go namierzyć.

Skoro już mówimy o ptakach – zupełnie inna ptasia historia przytrafiła mi się jakieś 3 tygodnie temu.

W przypadku drozda to ja nachodziłam jego terytorium, tym razem moje terytorium zostało “naleciane” przez panią kopciuszkową. Trochę dziwne to uczucie, wejść do pokoju i, niczego się nie spodziewając, zastać tam świergotającego ptaka, który wali dziobem w okno dachowe i zanieczyszcza meble. W pierwszym odruchu po prostu wyszłam zamykając za sobą drzwi, w drugim – zadzwoniłam do Ukochanego Męża. Chyba podświadomie liczyłam, że przyjedzie i jakoś ogarnie problem szalejącej pani kopciuszkowej. Wyobraźnia od razu podsunęła mi obrazy nietoperzy wplątujących się we włosy (tak, wiem, to nie są ptaki) oraz Tippi Hendren atakowanej przez mewy czy gawrony w “Ptakach” Hitchcocka. Potem podsunęła mi obraz mnie samej z kilkumiesięcznym dzieckiem na ręku, miotającej się po domu w celu wygonienia z niego ptaka… Nie, zdecydowanie nie miałam ochoty zajmować się tym ptactwem sama – ale niestety musiałam. Mąż miał inne problemy na głowie, za to doradził mi zrobienie zdjęć i opisanie historii już po pozbyciu się pani kopciuszkowej.
Pani kopciuszkowa prezentuje rudy ogon
Co było robić – zarzuciłam na głowę dużą bluzę (te nietoperze wplątujące się we włosy wciąż gdzieś tam w podświadomości fruwały), otworzyłam na oścież uchylone dotąd drzwi balkonowe w pokoju i wyszłam na korytarz.

Kiedy po kilku minutach wróciłam, po świergotaniu nie było już śladu. Były za to innego rodzaju ślady, których usunięciem zajęłam się niezwłocznie.
Potem przypomniałam sobie, że mógł być to ten sam ptaszek, którego Mąż widział wcześniej kilka razy w garażu. Ha, kto wie, może pani kopciuszkowa miała konkretne plany wobec naszego lokalu, z którego ją brutalnie wyprosiłam?

Żałuję, że obydwie opisane tu ptasie historie odbyły się bez udziału moich starszych córek, które z pewnością byłyby zachwycone dzikim ptakiem latającym po ich pokoju. Na pociechę zostaja im zachwyty nad jaszczurką zwinką żyjącą na naszej działce, która przy sprzyjającej pogodzie (zimnej) jest mniej skora do ucieczki (jak na zdjęciu poniżej). Ja – mimo niewątpliwej sympatii, jaka darzę jaszczurkę – wolę jednak nie wchodzić z nią w aż tak bliskie relacje.

 

 

 

 

 

 

 

Zuza z naszą przydomową jaszczurką

Wpisy, które mogą Cię zainteresować:

Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedinmail